Nowy Rok – “nowa Macedonia”

Bardzo długo się nie odzywałyśmy. Musiałyśmy przywyknąć do nowej macedońskiej rzeczywistości, która nas przywitała po powrocie z przerwy świątecznej. Byłyśmy nieco sfrustrowane więc wolałyśmy pozwolić trochę ochłonąć naszym emocjom żeby nie przelewać frustracji na naszych Czytelników.

Co się zmieniło w naszym wolontariackim życiu w Macedonii?  Śmiało możemy powiedzieć, że prawie wszystko 🙂

Po pierwsze, co boli nas chyba najbardziej, nie pracujemy już na naszej ukochanej Čaršiji… Nasza organizacja wraz z początkiem roku przeniosła swoją siedzibę do innej, peryferyjnej, nie znanej nam wcześniej dzielnicy Skopje. Tęsknimy za naszym królestwem 😦 Lokalizacja była jednym z głównych czynników, dla których wybrałyśmy akurat tę organizację. Poza tym praca w biurze mieszczącym się nad miejscowym klubem gejowskim dostarczała nam niezapomnianych wrażeń, których nam teraz naprawdę brakuje.

IMG_8159

Nowa siedziba naszej organizacji

Nowe przyjaźnie 🙂

Po drugie, co wiąże się z pierwszym, nie mieszkamy już w centrum. Znaleziono dla nas lokum bliżej pracy (jeżeli mieszkanie byłoby oddalone od biura więcej niż 2 km to organizacja musiałaby nam płacić za transport). Mieszkanie jest w o wiele lepszym stanie niż nasze poprzednie, nie ma karaluchów (ok, był tylko jeden, ale nie przyporowadził przyjaciół), mamy trzy balkony, możemy bezpiecznie korzystać z prądu itp. Nie podobają się nam jedynie napisy na klatkach schodowych, które głoszą śmierć dla Albańczyków. Jako, że lubimy życie na krawędzi, to z premedytacją przyprowadzam (ja, Barbara) tutaj swojego albańskiego chłopaka i innych naszych albańskich znajomych. Położenie, zarówno biura, jak i mieszkania sprawia, że coraz rzadziej bywamy w naszym królestwie. Poddani i fani tęsknią, co widać podczas naszych sporadycznych odwiedzin.

Čaršija nas rozpuściła. Początki związane ze zmianą miejsca były naprawdę ciężkie. Byłyśmy przyzwyczajone, że w każdej chwili możemy wyskoczyć do ulubionej knajpki, na obiad albo na baklave. Teraz tego nie ma, bo “pracujemy” pośrodku niczego. Nasza organizacja mieści się teraz w trzech połączonych ze sobą mieszkaniach. Jedno mieszkanie przeznaczono na biuro, drugie na training center a trzecie na youth center. Fajnie, dziewczyny się cieszą, bo wcześniej nie miały takiej przestrzeni do zagospodarowania. Niestety położenie biura sprawia, że młodym osobom nie chce się przychodzić na odbywające się tutaj szkolenia i warsztaty – jest wysoko, daleko od centrum, połączenie komunikacyjne jest kiepskie, a wiadomo, że młodzież raczej nie ma zamiaru wydawać pieniędzy na taksówki.

IMG_8276

Nasz ulubiony sąsiad ❤

Początek roku wiązał się więc z przeprowadzkami, ponowną aklimatyzacją i urządzaniem nowych kątów. Obecne biuro było właściwie puste, nieumeblowane i nieprzystosowane do bycia biurem. Przez około trzy tygodnie zajmowaliśmy się z różnymi ochotnikami sprzątaniem, malowaniem ścian itp. Dziewczyny dostały dofinansowanie, z ktorego kupiły meble (potrzebne do pracy stoły, krzesła i lazy bags) i sprzęty biurowe. Mamy ogródek, w którym się opalamy i dokarmiamy bezdomne zwierzęta.

Z innych zmian to nie ma już z nami naszej kochanej Normy! 😦 Skończyła swojego EVSa, ale obiecała, że będzie nas odwiedzać. Od dłuższego czasu jest mowa o nowym “wolontariuszu widmo”. Nikt nie wie, kiedy przyjedzie, ani czy to będzie on czy ona. Wiemy jedynie, że będzie to osoba z Turcji i spędzi z nami dwa miesiące. Jeżeli się pojawi, to na pewno damy Wam znać! 🙂

IMG_8027

NORMA WE LOVE YOU!!!! ❤ 

Praca z młodzieżą – relacja z naszego pierwszego projektu

Po ponad miesięcznej przerwie wracamy z naszymi wpisami 🙂 W grudniu jeszcze sporo się działo, potem miałyśmy przerwę świąteczną a nowy rok rozpoczął się wielkimi zmianami dla nas i naszej organizacji. O zmianach damy Wam znać jak poznamy wszystkie szczegóły. Tak właściwie same jeszcze wszystkiego nie wiemy, ale nie jesteśmy tym jakoś zbytnio zaskoczone – w końcu jesteśmy w Macedonii 🙂

Jednym z głównych naszych zadań od czasu rozpoczęcia wolontariatu była organizacja oraz przeprowadzenie warsztatów z młodzieżą mającą problemy ze słuchem oraz ze wzrokiem. Nie ma co ukrywać – byłyśmy nieco przerażone, nie wiedziałyśmy jak sobie poradzimy. Żadna z nas nie miała do tej pory doświadczenia w tym kierunku. I pomimo krótkiego szkolenia (bardzo pobieżnego) z naszą mentorką, zostałyśmy rzucone na głęboką wodę.

Jak wiadomo, co innego teoria a co innego praktyka i zderzenie z rzeczywistością. Praca z dzieciakami okazała się super! 🙂 Nie powiedziałabym, że jest łatwa i lekka (wszystko należy dostosować pod ich specjalne potrzeby), ale na pewno przyjemna. Główną ideą warsztatów była m.in. integracja młodzieży niedowidzącej/niewidomej, niedosłyszącej/głuchoniemej z osobami nieposiadającymi takich utrudnień. Dlatego też w naszych warsztatach uczestniczyły również osoby spoza szkół. Łącznie udało nam się przeprowadzić osiem warsztatów: cztery w szkole dla głuchoniemych oraz cztery w szkole dla niewidomych. Poniżej przedstawiamy Wam fotorelację z naszych spotkań 🙂

Warsztaty w szkole dla głuchoniemych

Warsztaty z tymi dzieciakami to prawdziwa przyjemność.  Wiedzieliście, że każdy kraj ma swoją wersję języka migowego? Komunikacja i wzajemne zrozumienie, które było naszym największym zmartwieniem, nie stanowiły żadnego problemu. Nasi podopieczni są w stanie czytać z ruchu naszych warg – musimy tylko pamiętać o tym, żeby mówić wolno, wyraźnie i zwróceni bezpośrednio w ich stronę. Poza tym, mamy swojego asystenta, który tłumaczy im z macedońskiego na język migowy.

Zajęcia odbywały się późnymi popołudniami na terenie szkoły dla głuchych “Partenie Zografski”, posiadającej również akademik. Zarówno głusi, jak i niewidomi są marginalizowaną społecznością w Macedonii, każda inicjatywa współpracy oraz zainteresowanie były przyjmowane bardzo pozytywnie.

Pierwsze warsztaty miały na celu zapoznanie się i nawiązanie kontaktu z młodzieżą. Przygotowałyśmy kilka gier, dzięki którym dowiedzieliśmy się o sobie nawzajem wiele ciekawych rzeczy. Wiele radości przysporzyła wszystkim zabawa z papierem toaletowym, która nazywa się “Weź tyle, ile potrzebujesz”. Każdy odrywał tyle listków, ile uważał za stosowne. Na koniec dowiadywali się, że tyle, ile listków papieru sobie zagarnęli, tyle różnych rzeczy musieli o sobie opowiedzieć.

Drugie warsztaty, które przeprowadziłyśmy były związane z origami. Razem udało nam się stworzyć oraz przyozdobić wiele ciekawych figur. Nasza grupa okazała się bardzo utalentowana plastycznie. Zdecydowanie bardziej od nas samych 🙂

img_6273img_6272img_6271img_6270img_6269img_6268img_6267img_6265img_6264img_6263img_6262img_6261

Trzecie warsztaty poświęcone były tematyce zimowej. Aby się do nich przygotować musiałyśmy zakupić nieprzyzwoicie dużą ilość papieru toaletowego (nasz czteroosobowy “apartament” po miesiącu nadal korzysta z tych zapasów), ponieważ podstawowym materiałem były tekturowe rolki. Powstały pingwiny, renifery, bałwanki… Największą kreatywnością wykazała się Agata tworząc jakże piękną choineczkę 🙂

Nasze ostatnie spotkanie w starym roku miało charakter typowo towarzyski. Przyjechałyśmy do szkoły z domowymi wypiekami i napojami. Rozmawialiśmy o ich planach na najbliższy miesiąc oraz o tym, co by chcieli z nami robić w przyszłości – bo jesteśmy pewne, że chcemy kontynuować naszą współpracę z tą grupą. Są wspaniali, przyjaźni i chętnie uczą nas nowych znaków w języku migowym 🙂

img_6705img_6704img_6700img_6707img_6706img_6708img_6709

Warsztaty w szkole dla niewidomych

O ile współpraca ze szkołą dla głuchoniemych przebiegała bardzo sprawnie i profesjonalnie, to komunikacja z przedstawicielkami ze szkoły dla niewidomych była znacznie bardziej kłopotliwa. Zdarzyło się, że przyjeżdżałyśmy na umówione wcześniej warsztaty, ale odpowiedzialne za współpracę osoby nie przekazywały tej informacji dalej bądź w ogóle się nie pojawiały, co było równoznaczne z tym, że nie pojawiali się także sami uczestnicy warsztatów. Mimo trudności, tam również udało nam się przeprowadzić cztery warsztaty.

Praca z osobami niewidomymi bądź niedowidzącymi okazała się dla nas o wiele większym wyzwaniem niż praca z młodzieżą głuchoniemą. To grupa wymagająca o wiele większej uwagi z naszej strony oraz staranniejszego przygotowania. Ważne jest to, aby używać pozostałych zmysłów, jak zapach, słuch czy dotyk. Wiele z tych dzieci jest utalentowanych muzycznie, śpiewa i gra na różnych instrumentach.

Pierwsze zajęcia poświęcone były na bliższe zapoznanie sie, nie tylko przez rozmowę, ale również za pośrednictwem gier i zabaw. Przedstawiłysmy podopiecznym nasze plany na przyszłe warsztaty oraz zapytałyśmy się o ich pomysły i sugestie. Dziewczyny wysunęły nawet propozycję grania w butelkę 🙂

Drugie warsztaty były wyzwaniem. Podobnie jak w szkole dla głuchoniemych postanowiłyśmy zająć się origami. Z naszą pomocą powstały przepiękne pieski, kotki, statki oraz łabędzie! Dzieciaki były dumne z siebie a my z nich 🙂

img_6255img_6254img_6253img_6250img_6247img_6249

Trzecie spotkanie poświęcone było tematyce zimowej. Uczestnicy mieli za zadanie ukazanie za pomocą plasteliny tego, co im się kojarzy z zimą. Rezulataty przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Spodziewałyśmy się figurek choinek, bałwanków, prezentów – zamiast tego były krzyże i dwunastu apostołów 🙂

Czwarte spotkanie odbyło się przy domowym cieście. Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe warsztaty, opowiedziałyśmy o świętach w Polsce, o planach na nowy rok itp. Uczestnicy warsztatów chcieliby żebyśmy uczyły ich języka angielskiego więc bardzo możliwe, że uda nam się zrealizować taki projekt podczas naszego wolontariatu.

img_6698

Nasze warsztaty z dziećmi zostaną wznowione najprawdopodobniej w marcu. W związku ze zmianami w naszej organizacji mamy teraz do realizacji inne zadania, o których z pewnością nie omieszkamy tutaj napisać.

Macedońskie ŻYCIE NA KRAWĘDZI

Na studiach oraz podczas naszych licznych wyjazdów miałyśmy okazje wielokrotnie przetestować na swojej skórze wszystkie etapy adaptacji kulturowej. Zasadniczo wymienia się cztery fazy, przez które przechodzą wszystkie osoby przebywające na obczyźnie:

  1. Miesiąc miodowy – to ten czas, kiedy wszystko nam się podoba w nowym miejscu, jesteśmy zafascynowani odmienną kulturą i dostrzegamy same pozytywne aspekty przebywania w obcym kraju. (baklavaaaa, kebapi, przystojni chłopcy, przyjaźni ludzie, tanie taksówki, soczyste pomidoryyyy!<3)
  2. Szok kulturowy – zderzenie z rzeczywistością i dezorientacja. Przybieramy wrogą postawę wobec nowego miejsca, wiele rzeczy zaczyna nas denerwować i często dochodzi także do sytuacji stresowych. To nie tylko konflikt z otoczeniem, ale i z samym sobą, zderzenie postrzegania swojej kultury, zwyczajów i systemu wartości przez pryzmat tej nowej, odmiennej.
  3. Ożywienie – faza poprawy, coraz łatwiej zrozumieć nam miejscowy język, powraca dobry nastrój, wiara w siebie i w swoje możliwości.
  4. Dopasowanie – akceptujemy obcą kulturę jako odmienną, ale równie wartościową jak nasza własna. Akceptujemy  i postrzegamy miejscowe zwyczaje, normy i wartości jako inne, ale nie jako gorsze. (Zawsze podkreślam – nie ma kultur gorszych i lepszych, nie można ich porównywać ani wartościować, kultury są tylko i wyłącznie odmienne względem siebie)

Po powrocie do kraju często przeżywamy tzw. szok popowrotny (wiele razy go doznawałyśmy), kiedy to tęsknimy za krajem, który opuściliśmy.

Mimo, że już wielokrotnie przeszłyśmy przez wszystkie powyższe fazy to często powracamy do fazy drugiej. Szok. I mimo, że kochamy Bałkany, kochamy Macedonię, cieszymy się, że to właśnie tutaj jesteśmy, to jest kilka rzeczy, na które trzeba się przygotować psychicznie, jeżeli chcielibyście zamieszkać tutaj na dłużej. Do zeszłego tygodnia myślałam, że wszystko, co mogłoby nas zadziwić już się wydarzyło. Okazało się, że Macedonia nie przestaje nas zaskakiwać. Sporządziłyśmy listę na podstawie naszych doświadczeń, naszego macedońskiego życia na krawędzi.

1. ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ Z KARALUCHAMI

Zaprzyjaźnij się, bo i tak z nimi nie wygrasz – zwłaszcza, jeżeli mieszkasz w starym budownictwie. Nie ważne jak często sprzątasz, psikasz truciznami czy stosujesz domowe sposoby, aby się ich pozbyć. Dopóki nie wymieni się wszystkich rur w budynku, to one tam pozostaną. Poradzono nam żeby skorzystać z domowego przepisu babci jednej z naszych znajomych. Ulepiłyśmy kulki z gotowanych ziemniaków, surowego jajka, cukru i kwasu borowego. Rozłożyłyśmy po całym mieszkaniu. Kulki zamiast pomóc to zgniły, a karaluchy pewnie miały radochę.

78987_karaluchy-pod-poduchy

Karaluchy w łazience i w kuchni? Standard. Naczynia zmywamy dwa razy – po użyciu a potem następnie przed użyciem, bo nigdy nie wiesz co po nich chodziło. Ale kiedy znajdujesz karalucha w łóżku to zaczyna wiać grozą.

15439740_10211667427069507_1222560645624044859_n

Agata radzi sobie bardzie dzielnie w sytuacjach kryzysowych 🙂

Nasza wiedza na temat karaluchów nadal się poszerza. Mamy okazję obserwować je w różnych stadiach: te mikroskopijne, które dopiero co się wykluły są nawet słodkie, potem zaczynają się przeobrażać w obleśne napęczniałe brązowe bądź czarne potwory (te na szczęście widujemy w miarę rzadko). Staramy się żyć w pokoju i nie wchodzić sobie w drogę.

2. NIE CHORUJ W MACEDONII 

Z chorowaniem poczekaj aż znajdziesz się w obrębie UE (no może za wyjątkiem Bułgarii czy Rumunii). Ja, Barbara, miałam ostatnio niezbyt miłą przyjemność sprawdzić jak funkcjonuje macedońska służba zdrowia.

Po dwóch nocach spędzonych w hostelu, w którym musiałyśmy spać z powodu treningu dla wolontariuszy, zaczęło się stopniowo pojawiać na moim ciele coś w rodzaju trudnej do zidentyfikowania wysypki. Kiedy jestem przemęczona (naprawdę miałyśmy sporo pracy) to mam tendencję do łapania różnych dziwnych rzeczy. Nie czułam się zbyt dobrze, a dziwne wykwity pojawiały się w coraz to nowych miejscach (notabene są nadal widoczne na mojej skórze) więc postanowiłam udać się do lekarza. Wybrałam prywatną klinikę i umówiłam się na wizytę z lekarzem. Pani przeprowadziła ze mną szczegółowy wywiad odnośnie moich dolegliwości od czasów dzieciństwa aż po dzień dzisiejszy. Następnie pokazałam jej moją przedziwną wysypkę. Powiedziała, że niestety nie potrafi mnie zdiagnozować i powinnam zrobić badania krwi i moczu oraz udać się do dermatologa, bo najprawdopodobniej to jakiś rodzaj alergii. Pojechałam więc od razu do prywatnej kliniki dermatologicznej, wymęczona, z temperaturą. Przyjęto mnie od ręki. Rozbieram się przed panem doktorem, który zaczyna wydawać z siebie dziwne dźwięki i mówi mi, że to nie jest alergia i że najprawdopodobniej mam ospę. Tłumaczę mu więc spokojnie, że przechodziłam już ospę, a nawet półpaśca i że nie mogę mieć znowu ospy. Zawołał drugą panią dermatolog na konsultację, która widząc mnie zakryła twarz maseczką i zakomunikowała, że nie przechodziła jeszcze ospy więc nie będzie się zbliżać. W Macedonii występują dwa rodzaje ospy: mała i duża. Co tu dużo mówić, zdenerwowałam się, spanikowałam, popłakałam,sama w obcym kraju i jeszcze mówią, że mam ospę. Pan doktor powiedział, że nie mam płakać i że najlepiej będzie jak pójdę do szpitala na oddział chorób zakaźnych (sama się sobie dziwię, że jestem w stanie zrozumieć takie rzeczy po macedońsku). KLINIKA CHORÓB ZAKAŹNYCH W MACEDONII! Myślę sobie, koniec, umieram, nie zobaczę już nigdy mamy ani mojego pokoju.

Zrobiłam badania krwi, moczu i pojechałam z wynikami do szpitala.15380700_10211668066165484_4051937415355505922_n

W szpitalu ogromne kolejki, ludzie z dziećmi na rękach z widoczną ospą więc tym bardziej zaczynałam przypuszczać, że może jednak naprawdę jestem po prostu wyjątkowa i przechodzę ospę po raz kolejny. Odczekałam swoje, napatrzyłam się na wymioty, na mocz stojący na stoliczku w plastikowych kubeczkach i czułam, że od siedzenia tutaj chyba jeszcze bardziej się rozchoruję. Weszłam do środka, zmierzono mi temperaturę (tutaj w odróżnieniu posiadali termometr), rozebrałam się i słyszę coś w stylu “Pracuję w tym zawodzie ponad 30 lat, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam, to na pewno nic z naszej działki, proszę udać się do dermatologa”. Śmiać się czy płakać? Stwierdziłam, że skoro już jestem w szpitalu to poszukam oddziału dermatologicznego. Znalazłam go po długiej wędrówce, ale okazało się, że w soboty nie ma żadnego lekarza. Usiadłam i się popłakałam z bezsilności, widziałam, że wyskakuje mi coś nowego znowu na nodze. Pielęgniarka powiedziała, że tak mnie nie zostawi i że zaraz kogoś znajdzie. Musiała wybudzić jakąś lekarkę po dyżurze, przyszła zaspana, spojrzała tylko na moją wysypkę, nie odzywała się za wiele, przepisała maść i jakiś lek przeciwalergiczny. Powiedziała, że to nic groźnego, nie wie od czego mam alergię, ale wygląda to na ukąszenia jakiegoś owada i że na pewno nie umrę. Czuję się już lepiej 🙂 Nie mam gorączki, wykwity schodzą powoli, nadal żyję. Najprawdopodobniej w hostelu pogryzły mnie pluskwy :))) Ale mogę właściwie tylko gdybać.

3. UWAŻAJ NA PRĄD

Różne rzeczy zdarzają się w starych mieszkaniach. Ostatnio często zdarzają się nam awarie prądu. Wszystkie korki są włączone, ale prąd jest tylko w niektórych miejscach. Działał nam jeden kontakt w pokoju – chciałyśmy podłączyć sobie ogrzewanie, po minucie z kontaktu zaczęło się dymić i śmierdzieć.

Przyszedł pan, powiedział, że z pewnością miałyśmy przedłużacz do dupy (to nic, że działał normalnie 2 miesiące) i dlatego dymi się ze ściany. I żeby nie robić prania i nie włączać ogrzewania w tym samym czasie. Takie to proste i oczywiste 🙂

Ten sam Pan wymieniał nam również po raz 4 w tym miesiącu zamek w drzwiach wejściowych. Chyba zna się na rzeczy…

4. PRZYGOTUJ SIĘ NA MACEDOŃSKIE PSIKUSY 🙂

Wchodząc po raz pierwszy do naszego mieszkania starałam się znaleźć plusy. Zwróciłam uwagę na nowe okna i kaloryfery – pomyślałam sobie, przetrwamy zimę 🙂 No i zima przyszła i przyjrzałam się kaloryferom bliżej.

15284851_10211668502496392_5122387411816553566_n

No więc kaloryfery są 🙂 W każdym pomieszczeniu, nowe. Ale jak widać nie podłączone. Zwróciliśmy oczywiście na to uwagę w organizacji, ale ich zdaniem taniej wyjdzie dogrzewać się na prąd. Jak prąd nie działa, to wyglądamy tak:

15416154_10211655912781657_751397442_n

Podobno bardzo zdrowo jest spać w zimnym a jak wiadomo jesteśmy zwolenniczkami zdrowego trybu życia 😀

5. TRZĘSIENIA ZIEMI

Były, są i będą. “Taki region” mówią. My poczułyśmy dwa. Niezbyt przyjemne uczucie. Nie polecamy 🙂 Zapoznałyśmy się z całą instrukcją dotyczącą postępowania w przypadku ewentualnego trzęsienia. Wiemy już, że jest średnio przydatna. Trzęsienie trwa kilka sekund, zanim się zorientujesz już jest po. Te łagodniejsze możesz nawet przespać. Nie zdążysz się schować pod stół albo stanąć w ramie drzwi.

Żyjemy i walczymy dalej z macedońską rzeczywistością 🙂 Ten post był nam potrzebny na rozładowanie naszych emocji, mimo przerażających incydentów rodził się w śmiechu 🙂 Niektórzy pewnie będą się dziwić dlaczego jeszcze stąd nie uciekłyśmy – o tym co nas tu trzyma i daje nam dużo radości będzie w kolejnym poście.

P.S. Ciąg dalszy macedońskiego życia na krawędzi nastąpi… Dawkujemy emocje 🙂

Kaj mene gratis!

To będzie krótki post. Pościk. Prawie jak scena teatralna.

W rolach głównych Ja (Agata) i Barbara.

15175380_10210825863383952_441073597_n

Role poboczne: Panowie taksówkarze.

Miejsce zdarzenia: Bit Pazar (inaczej znany jako miejsce naszej wiecznej sławy).

Dzień dzisiejszy. Popołudnie. Wracamy z Barbarą z pracy, zaopatrzone w siatki z warzywami z Bit Pazaru, bo udajemy, że się zdrowo odżywiamy (parę godzin później i tak zamówimy pizzę i zjemy ją w łóżkach oglądając seriale). Zatrzymujemy się przed bazarem żeby wybrać taksówkę, która zabierze nas do domu. I wtedy się zaczyna. (Wszystko wypowiadane z wielkim entuzjazmem).

Taksówkarz nr 1: „Ajde kaj mene!” („Dawajcie do mnie!”)

Taksówkarz nr 2: „Ne ne, devojki kaj mene!” („Nie nie, dziewczyny do mnie!”)

Taksówkarz nr 3: „Kaj mene imate popust!” („U mnie macie zniżkę!”)

Taksówkarz nr 4: „Kaj mene gratis!” („U mnie macie gratis!”)

Dziękujemy, mamy zwycięzcę.

Polska sława trwa. Ciąg dalszy, rozszerzamy ją na konduktorów. Zajedziemy dalej.

Królowe Bit Pazaru :)

Sława. Popularność. Fani i wielbiciele. Obrońcy. Pomocnicy. Wybawcy z opresji. Tak wygląda nasze życie w Skopje. Naprawdę.

Stara čaršija to nasz drugi dom. Tutaj mieści się biuro organizacji, w której pracujemy, ale nawet gdyby mieściło się ono w zupełnie innej części miasta, to i tak byłybyśmy tutaj każdego dnia. To nasza ulubiona dzielnica macedońskiej stolicy. Stara część miasta, autentyczna, pamiętająca jeszcze czasy panowania Imperium Osmańskiego. Uliczki pełne baklavy (Agata dostaje drgawek jak jej nie przyjmie raz dziennie), kebapi, orientalnych dywanów, meczetów, warsztatów rzemieślniczych, knajpek, piekarń, pijalni herbaty i tureckiej kawy. Przestrzeń starej čaršiji rozpościera się pomiędzy Kamiennym Mostem a Bit Pazarem. Pomiędzy Kamiennym Mostem a Bit Pazarem jesteśmy celebrytkami.

Sława i popularność przyszła nam bardzo łatwo. Ja, Barbara, spędziłam w Skopje łącznie prawie dwa lata. Rozpostarłam nam ścieżki, odnalazłam najlepsze miejsca ze słodyczami, jedzeniem, herbatą i kawą. I ciągle do nich wracałam i wracamy nadal. Codzienne te same uliczki, ciągle ta sama trasa. Nasz powalający urok osobisty sprawia, że nie można o nas zapomnieć. Mamy trochę bliższych znajomych, oczywiście tych, którzy nas karmią i poją, ale ich konkurencja też nas codziennie pozdrawia. Idąc do pracy musimy się pozdrowić z przynajmniej 20 osobami.Z resztą nigdy nie nawiązywałyśmy bliższych relacji, ale wiedzą, że z Polski, pytają jak minął dzień i dlaczego jemy baklavę tam a nie u niego. Ja mam lepszą, moja żona sama robiła.

Baklava i trileqe – najlepszy zestaw 🙂

1618672_10209132667222095_4310855917767127224_n

My z Burhanem 🙂

Znamy złotników, zegarmistrza, krawca, pracowników knajp, taksówkarzy. A jeśli my ich nie znamy, to oni nas na pewno tak. Mówią dzień dobry, ślą uśmiechy, często jemy za darmo albo ze zniżką.Czasami wsiadam do taksówki i słyszę tylko “ooooo Barbara! Doma?”, czyli czy do domu. Nawet nie muszę podawać adresu. Ostatnio taksówkarz powiedział mi, że wiózł mnie dwa lata temu, pamietał nawet dokąd (podał adres, pod którym mieszkałam tu poprzednim razem).

14961412_10211346029234762_498337390_n

Agata u pana zegarmistrza 🙂 Też był w Polsce

Tutejsze butiki 🙂

Jak nie pojawiamy się dwa dni, bo np. spędzamy szałowy weekend w łóżku z serialami, to pytają się gdzie byłyśmy. Ale najgorzej jest z lojalnością. Jak jesz gdzieś dwa lata i nagle usiądziesz knajpę obok to czujesz na sobie wzrok – wyrzut, zazdrość, zdziwienie? Czujesz się jakbyś kogoś zdradziła. Za to knajpa, którą zaszczycamy swoja obecnością jest wniebowzięta i równie zdziwiona. Podaje kranówkę w eleganckich szklankach na nóżkach, z cytryna i lodem. Kroją chleb i układają w finezyjne kształty wokół plaskavicy. Dają dwa taratory w gratisie. A za mięso kasują połowę. Robią wszystko żebyśmy zostały.

p1020011

Jedzonkooooo :)))

To nasz dom. Czujemy się tu bezpiecznie. Przeważająca część naszych znajomych to Albańczycy. Jak przyjechałam do Skopje po raz pierwszy to usłyszałam (od Macedończyków), że ta część miasta jest bardzo niebezpieczna. I że nie mam się nigdy zapuszczać na Bit Pazar, bo tam kradną, gwałcą i zabijają. A więc chodzimy tam kilka razy w tygodniu.

dscf5662

Bit Pazar to takie ogromne targowisko. Dosłownie ze wszystkim. Owoce, warzywa, pościele, buty, ubrania, okulary chanel za 1 euro, zegarki, perfumy, deski do krojenia, garnki, przedłużacze, piloty. Wszystko, czego dusza zapragnie. Ale zapomnij, że kupisz sobie jednego pora albo dwa jabłka na drugie śniadanie. Tego przecież nawet nie opłaca się ważyć więc dostajesz je za darmo. Przynajmniej my. Jeden pan zaczął do nas krzyczeć coś po polsku, chciałyśmy zignorować jak zazwyczaj, ale powiedział, że po naszych buziach poznał żeśmy z Polski. Bo był w Kielcach w 1988. I pamięta polskie dziewczyny. I nasze imiona też, bo wołał do nas z daleka jak mijaliśmy się dwa tygodnie później w innej części čaršiji. Wszyscy są bardzo pomocni. Jak nie wiesz jak coś się nazywa po macedońsku albo albańsku to po prostu to pokazujesz i oni cię zaprowadzają w odpowiednie miejsce. Czasami jednak powątpiewam w moją znajomość macedońskiego. Szukałyśmy korka do wanny. Tłumaczymy na około o co nam chodzi i pan oznajmił, że to ma. Przyniósł nam toster. Kąpieli nie było.

Jako gwiazdy Bit Pazaru robimy sobie także zdjęcia z fanami. Albo raczej Agata. A bardziej szczegółowo bardzo zaskoczona Agata, która prawdopodobnie już jest gdzieś na tablicy facebookowej pewnej macedońskiej Pani (zostało to oznajmione, że tam zawiśnie fotka), która to z wielkim entuzjazmem zapozowała do zdjęcia z moją Agatką, bo syn tak bardzo lubi dredy.

Nikt nas nie zgwałcił, nie okradł ani nie zabił. To nasze królestwo 🙂

 

 

 

Pracę czas zacząć

Po przyjeździe, odpoczynku (powiedzmy), imprezie powitalnej i pierwszej nocy w macedońskim mieszkaniu przyszedł czas na zapoznanie się z naszą pracą. Tak przynajmniej myślałyśmy. Życie na Bałkanach nauczyło nas, że czas nie istnieje. Serio. To znaczy istnieje, ale troszkę zmodyfikowane. Jak komu pasuje. A bardziej szczegółowo, jak bardziej pasuje Macedończykom. Kolejny raz przekonałyśmy się o tym idąc na drugi dzień spotkać się z wolontariuszami ze Słowenii i Janą, jedną z dziewczyn, która pracuje w naszej organizacji. Jak wynikało z planu, który otrzymałyśmy, na ten dzień zaplanowano zwiedzanie miasta i dzień instruktażowy w biurze. Z racji tego, że Barbara już mieszkała w Skopje, a ja (Agata) mieszkając w Kosowie odwiedzałam ją co weekend (i na wszelkie możliwe okazje, takie jak robienie sobie wagarów na uczelni) Skopje znamy. Naprawdę. O tym jak na każdym kroku spotykamy znajomych i stałyśmy się sławne będzie oddzielny post. Ale chcąc być uprzejme i koleżeńskie, wstałyśmy o nieprzyzwoicie wczesnej porze (10h, prosimy o wyrozumiałość) i udałyśmy się na umówione miejsce. Zaplanowane spotkanie na 10:30 okazało się być na 11. Ok, rozumiemy. Ale to wcale nie oznacza, że osoba pojawi się o 11. To znaczy przynajmniej pół godz spóźnienia. Albo i lepiej. Najlepiej godzinę. Głupie i naiwne i trochę ciągle zmęczone uśpiłyśmy naszą czujność. Ale zdarza się, będziemy miały to na uwadze następnym razem (co miejsca nie miało do tej pory, zawsze na czas czekamy na innych). Po wcale nie pasjonującym zwiedzaniu, gdzie to my dwie bardziej pasowałyśmy do oprowadzania obcokrajowców niż nasza skopianka, udaliśmy się wszyscy na zapoznanie z biurem i resztą pracujących dziewczyn. Okazało się, że pierwsze dwa tygodnie naszego pobytu spędzimy na pracy z naszymi wolontariuszami ze Słowenii. I tak oto wyglądały dwa tygodnie.

Jako, że październik okazał się być miesiącem świadomości na temat zespołu downa, nasze główne zajęcia polegały na warsztatach z ludźmi z tą dysfunkcją.  Są to osoby niesamowicie utalentowane, pełne pasji i hobby. Między innymi nasza słoweńska wolontariuszka Katerina zajęła drugie miejsce w zawodach karate w Ameryce, zajmuje się przeróżnymi sportami, śpiewa i gra. Np., na flecie.

Pierwszy warsztat polegał na rozwinięciu kreatywności w naszych podopiecznych. Przez dwie soboty staraliśmy się stworzyć coś z niczego. No prawie. Z kartek, mazaków, wstążek, koralików, naklejek, wycinanek i super gorącego kleju z pistoletu (którego nie dano mi do ręki z racji moich umiejętności w robieniu sobie krzywdy czym popadnie) powstały pudełka.

Kolejne dwa warsztaty nie za wiele się różniły. Może poza tym, że zamiast pudełek staraliśmy się stworzyć koperto kartki i tym, że udoskonaliłam swój talent.

20

Paw w moim wykonaniu

Nie zawsze jednak mogliśmy oddać się słodkiemu lenistwu i tylko pracować naszymi rękami. Otóż pewnego słonecznego dnia udaliśmy się na spotkanie ze skautami. Młodzi ludzie zorganizowali dla nas zawody aby zintegrować grupę i dać naszym podopiecznym posmak rywalizacji. Podzielono nas na grupy, dano mapę i życzono powodzenia. Każda grupa składała się z czterech osób (jeden skaut, jeden wolontariusz i dwóch podopiecznych). Otrzymałam pod swoje skrzydła trzech cudownych panów Kostę, Nikiego i Alexa. Nie będę ukrywać, że bez nich nie doszłabym do mety. Zgubiłabym nas już na przejściu z punktu 2 do punktu 3. A podobno to ja miałam być tą ogarniającą.

21

Moi chłopcy

22

Alex

23

Niki

24

Gotowa jeszcze z myślą, że wiem co robię

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Nasi wolontariusze ze Słowenii musieli w końcu wracać. Katerina, Dalibor i David chociaż byli z nami dwa tygodnie szybko skradli nasze serca. Alkohol i wspólne imprezowanie pomogło…

40

Wspólny wieczór w kafanie

41

Om om om ommmm 🙂

39

Kolacja pożegnalna u Słoweńców ❤

 

Welcome to Skopje! :) aż się ziemia zatrzęsła…

Nadszedł czas na opisanie naszej podróży do Macedonii 🙂

Tak naprawdę do samego końca nie byłyśmy pewne kiedy wyjedziemy. Teoretycznie nasz projekt rozpoczynał się wraz z pierwszym dniem października. Teoretycznie też miałyśmy tam jechać już z dokumentami, które umożliwiłyby nam na miejscu rozpoczęcie postępowania wizowego. W praktyce pojechałyśmy bez tych dokumentów, bo październik już się rozpoczął a nikt z ambasady nie potrafił udzielić mi (Basi) informacji na temat tego, kiedy mogę spodziewać się, że je w końcu otrzymam – równie dobrze mogłabym czekać dwa dni lub kolejny miesiąc. Tak jak się spodziewałam, w dniu przyjazdu do Skopje otrzymałam wiadomość, że mogę odebrać dokumenty 🙂 Będą musiały poczekać do grudnia, bo dopiero wtedy przyjedziemy do Polski na święta. O wyrabianiu macedońskiej wizy napiszemy oddzielny tekst, bo jest to temat zawiły, skomplikowany, niejednoznaczny a wierzymy, że te informacje będą mogły się przydać w przyszłości niejednej osobie.

Decyzja o dacie wyjazdu i kupnie biletu zapadła nagle – dwa dni przed wyjazdem 🙂 Trzeba było na szybko dopakować ostatnie rzeczy i pożegnać się raz jeszcze ze wszystkimi znajomymi. Spakowanie się na rok jest naprawdę nie lada wyzwaniem… I chociaż znam osoby, które spakowałyby się w mały plecaczek to ja jednak nie potrafię! Nie wyjadę na rok bez mojego kuferka do makijażu i wszelkich błyskotek (podzielonych oczywiście na letnie i zimowe). Rzeczy do Skopje wywoziłam na raty – przyjechałam miesiąc wcześniej z walizką zimowych kurtek, butów, szalików itp. i przy okazji pojechałam do Kosowa żeby spotkać się ze znajomymi. Każdy powód, aby wyjechać na Bałkany jest dobry 🙂

Jak widać na załączonym obrazku, Agatka świetnie poradziła sobie z pakowaniem 😛 Zaznaczam, że na zdjęciu znajduje się tylko jej dobytek 🙂 Ja ograniczyłam się do jednej walizki, no ale jak napisałam – jedną już wcześniej wywiozłam.

14795669_10210503909695311_1632801092_o

Aby przewieźć taką ilość bagaży zdecydowałyśmy się na podróż autobusem (sprawdzona przez nas firma Adamis). Nie jest to najwygodniejsza forma transportu, trwa około 30 godzin (współczujemy tym, którzy jeżdżą tym autobusem jeszcze dalej do Grecji!), w zależności od ewentualnych opóźnień na granicach. 30 godzin liczę od Warszawy, ale do niej też trzeba dojechać… W Warszawie spotkałyśmy się z naszymi kochanymi dziewczętami z bałkanistyki, z Monią i Madzią (buziaki dla Was <3), także miałyśmy chwilę wytchnienia od pociągów, autobusów itp., mogłyśmy wziąć kolejny prysznic – szkoda, że nie można umyć się na zapas… Na szczęście w naszym terminie nie jechało zbyt wiele osób, każdy miał dwa miejsca dla siebie. Mimo wszystko tyłek w pewnym momencie boli już tak, że nie wiesz jaką masz obrać pozycję. Jedna z moich ulubionych pozycji to ta, którą widać na poniższym zdjęciu 🙂 Zapobiega opuchliźnie kostek. Czasami jednak, zwłaszcza w okolicy świąt oraz latem autobus jest wypełniony co do ostatniego miejsca a wśród pasażerów znajdują się także psiaki, niemowlaki… Nie wspomnę już o tym, co ludzie czasami potrafią przewieźć na Bałkany: drabiny, olej do smażenia, 20 kg proszku Persil 🙂

14483614_10210503909575308_307495562_n

Do Skopje dojechałyśmy we wtorek 04.10.2016, około 6 rano. Jako, że byłam w mieszkaniu już wcześniej to wiedziałam dokąd musimy podjechać, no i miałam ze sobą klucze więc nie było potrzeby żeby budzić naszych współlokatorów. No bo nie mieszkamy same! 🙂 Nasi kochani współmieszkańcy z pewnością będą się przewijać w wielu postach. Tak więc naszą małą rodzinę tworzymy wspólnie z Normą oraz Petrem, wolontariuszami EVS z Niemiec z tej samej organizacji co my. Jest między nami znaczna różnica wieku, bo my jesteśmy już po studiach a oni dopiero co skończyli liceum, my znamy Bałkany od podszewki a oni dopiero się ich uczą. Mimo to dogadujemy się super i bardzo się polubiliśmy!

Nasze mieszkanie może nie jest szczytem luksusu, ale na pewno możemy się pochwalić super lokalizacją w centrum, 15 min spacerkiem na čaršiję, gdzie mieści się biuro naszej organizacji. Pod nosem mamy też wielki market i kilka kroków na dworzec autobusowy. To wszystko na plus a o minusach na pewno jeszcze kiedyś napiszemy 🙂

Mieszkanie znajduje się na ostatnim, czwartym piętrze w budynku bez windy. Trochę zajęło nam wtarganie na górę naszych bagaży, omal płuc sobie nie wyplułam. Zmęczone i brudne rozpromieniłyśmy się kiedy zobaczyłyśmy niespodziankę na drzwiach wejściowych od naszych współlokatorów. Zobaczcie sami 🙂

14794226_10210503905935217_419088708_n

W środku mieszkania także przywitał nas napis 🙂

14741855_10211143368768377_645924486_n

Nie da się ukryć, że po podróży byłyśmy padnięte więc od razu się wykąpałyśmy i zaległyśmy w łóżkach. Nie mogłyśmy za bardzo spać więc po 10tej zaczęłyśmy się krzątać po mieszkaniu i szykować do wyjścia na ukochaną baklavę. No i o 10.52 przeżyłyśmy coś, czego nigdy wcześniej nie miałyśmy okazji doznać na własnej skórze – zatrzęsła się ziemia. Wstrząs nie był duży, 2,7 stopni w skali Rihtera, ja jednak zdecydowanie to odczułam, Agata była w łazience i raczej nie czaiła o co chodzi 🙂 Pewnie myślała, że się zachwiała jak to ma w zwyczaju 🙂 Ja za to miałam kilka dni z głowy, strasznie się wystraszyłam i tylko czekałam aż pojawi się kolejne trzęsienie. Macedonia to teren podatny na wstrząsy sejsmiczne, dwa tygodnie wcześniej miały miejsce trzy silniejsze i bardziej odczuwalne trzęsienia. Najgroźniejsze są te wstrząsy, które odbywają się najbliżej powierzchni ziemi. “Najsławniejsze” skopijskie trzęsienie ziemi miało miejsce 26 lipca 1963 roku o godzinie 5.17. Zginęło wtedy ponad 1000 osób a większość macedońskiej stolicy uległa zniszczeniu.

Tego samego dnia co my przybyli do Skopje na dwa tygodnie wolontariusze ze Słowenii: David, Dalibor i Katerina. O tych dwóch tygodniach, wypełnionych licznymi zajęciami i warsztatami będzie nasz kolejny post. Spotkaliśmy się w centrum żeby udać się na policję w celu zarejestrowania (w Macedonii istnieje obowiązek meldunku każdego obcokrajowca, należy zarejestrować się w przeciągu 24h od momentu przekroczenia granicy). Oczywiście, mimo obecności parunastu policjantów, nie udało nam się tego zrobić z przyczyn niewiadomych i kazano nam się zjawić kolejnego dnia. Mnie i Agatę już takie rzeczy nie dziwią po kilkuletnim pobycie na Bałkanach.

img_5364My z wolontariuszami ze Słowenii oraz z Sanją z naszej organizacji 🙂

14569667_10210995618634716_10991650_nMy z połową Aleksandra 🙂

Następnie resztkami sił udałyśmy się do naszego Shot Baru (nad barem znajduje się nasze biuro), gdzie zorganizowano dla nas imprezę powitalną! Poznałyśmy się z dziewczynami z organizacji, tańczyłyśmy, śpiewałyśmy, imprezowałyśmy 🙂 ale w stopniu umiarkowanym, bo zmęczenie podróżą dawało o sobie znać. O naszych dalszych przygodach wkrótce! 🙂

img_5366

Krzyk w Jednym Świecie, czyli o naszych organizacjach

Z racji tego, że blog ten powstaje dzięki pewnym organizacjom, które umożliwiły nam wyjazd do Macedonii, nasi czytelnicy muszą się uzbroić w cierpliwość i przebrnąć przez posty „organizacyjne”. Powszechnie wiadomo, że moje (Agaty) i Barbary podróże owocne są w przygody, o których rodzicom nie powinno się mówić. Także Drodzy znajomi i czytelnicy nieznani (mamy wielką nadzieję, że blog rozszerzył się poza okręg znajomych wiernie nam kibicujących lub chętnych tylko czytania naszych niestworzonych historii) uzbrójcie się w cierpliwość, bałkańskie smaczki będą niedługo.

W poście powyżej Barbara pisała o EVS, programie z którego wyjechałyśmy. Ale żeby do niego dołączyć musiałyśmy znaleźć organizację wysyłającą. I tak oto dochodzimy do Stowarzyszenia “Jeden Świat”. Otóż szanowne Stowarzyszenie działa od 1994 roku w Poznaniu przy ulicy Prusa 16a/15. Stowarzyszenie jest polskim oddziałem międzynarodowej organizacji Service Civil International (SCI), o której możecie poczytać więcej o tu.

pobrane

Przemiły personel „Jednego Świata” (m.in. Agnieszka o cierpliwości anioła) pomoże w wyjeździe na wolontariat długoterminowy jak i krótkoterminowy, zapewni udział w warsztatach, szkoleniach oraz przeróżnych działaniach kulturowych, zajmie się programami edukacji globalnej, wyśle na workcamp, a przede wszystkim opublikuje doświadczenia zebrane podczas powyżej wymienionych co powinno przynieść sławę i chwałę (na co z Barbarą liczymy).

Po organizacji wysyłającej potrzebna jest organizacja przyjmująca. I tu pojawia się w naszym przypadku KRIK, a bardziej szczegółowo Center for Youth Activism Krik (CYA KRIK). Jest to organizacja pozarządowa zajmującą się młodzieżą, w której pracują młodzi ludzie dla młodych ludzi (jak sama nazwa zresztą wskazuje). „Krik” w języku macedońskim oznacza „krzyk”. Inspiracją dla nazwy była idea stworzenia organizacji umożliwiającej młodym ludziom głos, który byłby słyszany i który mógłby poczynić pewne zmiany w społeczeństwie. KRIK motywuje młodych do działania, chce aby zwiększyli swoją wiedzę na temat otaczającej ich rzeczywistości, uczy tolerancji i akceptacji.

14662_186340211510430_911440598_n

Organizacja ta skupia się na pracy wolontariuszy, którzy pracują w jednym z trzech programów, tj. integracja społeczna, życie ekologiczne oraz zdolności komunikacyjne. KRIK pracuje także z młodzieżą niedosłyszącą uczącą się w średniej szkole w Skopje the National School for Deaf Young People Partenie Zoografski Skopje (nasi podopieczni!). KRIK organizuje także wiele workshopów z ludźmi niepełnosprawnymi (w tym miesiącu były to osoby z syndromem downa). Pracownicy KRIK w trakcie dnia pracują w biurze, które umiejscowione jest na skopijskiej čaršiji, nad Shot Barem Bezistan (już słyszę ten chichot. Tak, mamy dostęp do alkoholu). W tym roku KRIK posiada czterech wolontariuszy, dwóch z Niemiec i nas z Polski. Więcej o organizacji przeczytacie tutaj.

A co dalej, w następnym poście.

Dlaczego EVS w Macedonii? by Basia

Na początku kilka słów o tym, jak to się stało, że obecnie zajmujemy się tym, czym się zajmujemy 🙂 Jako, że to ja (Basia) byłam główną inicjatorką naszego wyjazdu, to postanowiłam, że opowiem Wam jak to wszystko wyglądało z mojej perspektywy.

Refleksje i poszukiwania

Zacznę od tego, że już od dłuższego czasu jestem związana z Bałkanami, zwłaszcza z Macedonią. Na studiach korzystałam z licznych wyjazdów na Bałkany: wymiany studenckie (w tym roczny wyjazd w ramach programu Erasmus+ do Skopje), kursy językowe, badania terenowe, praktyki studenckie itp. Ale studia się skończyły. Było to dla mnie bardzo przygnębiające, cała ta wizja, że teraz trzeba znaleźć jakąś “poważną” pracę… Cały czas myślałam w kategoriach tego, ile będę mieć wolnych dni, które będę mogła spędzić na Bałkanach. Praca, którą znalazłam nie satysfakcjonowała mnie na tyle żeby w niej zostać. Postanowiłam, że zanim zacznę szukać kolejnego zajęcia, to muszę oderwać się trochę od polskiej rzeczywistości. Spakowałam więc swoje rzeczy i pojechałam do Sarajewa odwiedzić Agatę, która była tam na wymianie 🙂 2-3 tygodnie na Bałkanach wystarczyły żebym zrozumiała jak bardzo mi ich brakuje i jak bardzo czuję się tam szczęśliwa. Postanowiłam, że chcę tam jeszcze trochę pomieszkać i zaczęłam intensywnie myśleć jak zrealizować swoje pragnienie. Tak zrodził się pomysł wyjazdu na wolontariat EVS.

Czym jest EVS?

EVS (European Voluntary  Service), znany w Polsce jako Wolontariat Europejski, to akcja programu “Młodzież w działaniu” Unii Europejskiej. To międzynarodowy program finansowany przez Komisję Europejską w ramach programu Erasmus+. EVS umożliwia międzynarodową pracę wolontariacką dla młodzieży z całej Europy. Głównymi celami tego programu jest rozwijanie solidarności, promocja tolerancji między młodymi ludźmi i obywatelstwa europejskiego, dzięki wspieraniu projektów kulturalnych, socjalnych i ekologicznych. EVS powstał po to, by wolontariusze mogli zdobywać kompetencje i umiejętności wpływające na ich rozwój osobisty i zawodowy przez doświadczenia związane z edukacją pozaformalną. W Wolontariacie Europejskim może uczestniczyć każdy młody człowiek w wieku od 18 do 30 lat. Pobyt w zagranicznej organizacji trwa od 2 do 12 miesięcy.

Wolontariat Europejski to także szansa dla organizacji i instytucji, które chcą gościć i wysyłać wolontariuszy. Organizacją Wysyłającą, Goszczącą lub/i Koordynującą może zostać każda organizacja, której działalność nie jest nastawiona na zysk. Organizacja taka musi uzyskać status akredytowanej organizacji EVS.

Większość kosztów związanych z wyjazdem jest pokrywana przez Unię Europejską. Wolontariusze mają zapewnione zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie, zwrot kosztów podróży. Na miejscu otrzymują również kieszonkowe oraz mogą skorzystać z nauki języka kraju, do którego wyjeżdżają. Wyjechać można prawie wszędzie, ważne jest jedynie to, żeby jeden z krajów (wysyłający lub przyjmujący) był członkiem Unii Europejskiej.

Organizacja wyjazdu

Aby wyjechać na EVS musiałam przede wszystkim rozpocząć swoje działania od znalezienia organizacji, która chciałaby mnie wysłać w świat 🙂 Z tym nie było żadnego problemu, udałam się od razu do poznańskiego Stowarzyszenia “Jeden Świat”. Tam dowiedziałam się jak to wszystko wygląda, kiedy można składać aplikację, gdzie szukać organizacji, która chciałaby mnie przyjąć itp. Organizacji przyjmującej szukałam na własną rękę. Wiedziałam jedno – muszą być Bałkany 🙂 początkowo myślałam o Kosowie, ale widocznie Macedonia jest mi pisana, bo ostatecznie udało się nawiązać współpracę z organizacją KRIK ze Skopje. O tym, czym zajmują się obie te organizacje będzie oddzielny post. Okazało się, że projekt, który powstał przewidywał przyjęcie dwóch wolontariuszy. Zapytano mnie wprost czy nie chciałabym kogoś ze sobą zabrać. Decyzja była dla mnie oczywista 🙂 Agata, moja wierna towarzyszka podczas większości bałkańskich podróży! Trzeba było podjąć także decyzję odnośnie długości wyjazdu. Jak napisałam powyżej wyjechać można najkrócej na 2 miesiące a najdłużej na rok. Oczywiście, że wybrałyśmy najdłuższą z możliwych opcji 🙂 Projekt został złożony, musiałyśmy tylko poczekać na decyzję czy dostanie dofinansowanie. A jako, że mamy z Agatą szczęście, to wszystko się udało!

I tak oto w skrócie spełniło się nasze marzenie, aby pracować na skopijskiej čaršiji 🙂