Za czym będziemy tęsknić

Nieubłaganie i wielkimi krokami zbliża się czas naszego powrotu do Polski. Nawet nie wiemy, kiedy zleciało te 12 miesięcy. Na powrót się cieszymy, ale też patrzymy z lękiem. Dawno nie zdarzyło nam się wracać do kraju bez planu powrotu na Bałkany. To, że wrócimy to pewne, ale kiedy to nastąpi i na jak długo, to już jedna wielka niewiadoma.

Nie zawsze było cudownie i kolorowo, ale dobre rzeczy zawsze przeważają nad tymi, które nie do końca nam tutaj odpowiadały. Chciałybyśmy się z Wami podzielić tym, co na Bałkanach, w Macedonii, było dla nas najpiękniejsze. Stworzyłyśmy krótką listę.

1. Jedzenie

Lubimy jeść, a jedzenia tutaj nie da się nie lubić. Miejscowa kuchnia przepełniona jest smakami, które na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Skara (mięsko z grilla: kebapi, pleskavica), tavce gravce (fasola), słodkości (oczywiście baklava i trilece!), ajwar, sery, nawet pomidor ze sklepu – wszystko tu smakuje nieziemsko.

21769666_10214498009672303_2121216828_n

21624301_10213663643206674_1986763186_n

2. Słońce

Czasem dawało nam popalić, ale poza momentami, kiedy temperatura przekraczała 40 stopni, to byłyśmy wdzięczne za to, że tak hojnie rozpieszcza nas swoimi promieniami. To chyba właśnie w dużej mierze dzięki słońcu mieszkańcy Bałkanów są tacy serdeczni i uśmiechnięci.

3. Stara čaršija

W tym podpunkcie możemy zawrzeć wszystko: wspomniane jedzenie i serdeczność, z którą się tutaj spotykałyśmy od kilku lat ze strony osób pracujących w naszej ulubionej części Skopje. Wszyscy nas znają i my znamy wszystkich. Mamy swoje ulubione miejsca, właściciele lokalnych biznesów zawsze się do nas przysiadają, żeby porozmawiać o pierdołach, o życiu, o pogodzie, o polskich dziewczynach czy po prostu, żeby posiedzieć, no bo siedzisz sama. Część osób  znamy wyłącznie z widzenia, nigdy nie zamieniliśmy ze sobą więcej niż kilka zdań, ale zawsze wzajemnie się pozdrawiamy i spotykamy się z ciepłymi uśmiechami. Mamy znajomych z wielu branży. Króluje oczywiście gastronomia, ale możemy pochwalić się również kontaktami ze złotnikami, sprzedawcami perfum, kapeluszy, panem zegarmistrzem, kaletnikiem i handlarzem skórzanych kurtek. Wiemy, że tutaj nigdy nas nic złego nie spotka, bo z każdej strony jesteśmy otoczone testosteronem, który uchroni nas przed złem tego świata.

Stara čaršija była miejscem naszego psychicznego wypoczynku. Różnorodność barw, zapach przypraw i śpiew muezinów, to coś czego w Polsce nie zaznamy. Byłyśmy tutaj traktowane jak swoje, ale mimo wszystko z pewnym dodatkiem albańskiej gościnności i z szacunkiem przeznaczonym dla gości.

4. Ceny

To na pewno coś, co będzie nam głównie przeszkadzało w polskiej rzeczywistości. Raczej nie znajdziemy w stolicy naszego kraju bądź w innym większym mieście, takiego miejsca, w którym objemy się i napijemy, tak, że potem możemy się już tylko kulać (my jesteśmy twarde zawodniczki, więc kulałyśmy się jeszcze na baklavę i turecką herbatkę czy kawunię) i to za śmieszne pieniądze. We dwójkę płacimy za takie obiady 3-4 euro (razem, nie osobno!). I podkreślam, że jest to centrum miasta i najlepsze jedzenie, jakie jadłam w życiu, w dodatku podawane przez uprzejmych i przystojnych kelnerów.

Ceny jedzenia, papierosów, alkoholu, taksówek diametralnie różnią się od tych znanych nam z polskich realiów.

Skoro mowa o cenach, to nie możemy zapomnieć o miejscu naszej wiecznej sławy, czyli o Bit Pazarze. Mogłyśmy kupić tam wszystko, za krocie lub nawet za darmo. Ostatnio zakochałyśmy się w bardzo stylowych modelach torebek. Specjalnie na powrót kupiłyśmy aż dwie sztuki!

21754605_10214498172756380_11605027_n

5. Poczucie atrakcyjności

Nie ma co ukrywać – w Polsce jesteśmy wizualnie przeciętne. Może nie jesteśmy pasztetami, ale do bogiń nam daleko. Tutaj o tym zapomniałyśmy. Lepiej – tutaj nasza samoocena wzrosła do +1000000000000000000. Po powrocie do domu nie będziemy się pewnie stykać z taką ilością przeszywających męskich spojrzeń, co tutaj. Obcy ludzie, barmani, ochroniarze, właściciele knajp nie będą nam stawiać bądź dawać dodatkowych porcji. Taksówkarze nie będą mówić “jak masz, żeby zapłacić to zapłać, a jak nie to nie ma problemu”. Tutaj w dresie i bez makijażu czujemy się jak miss universe.

6. Nasze warsztaty

Przyjeżdżając na wolontariat, nawet nie przypuszczałyśmy, że tak dobrze odnajdziemy się w powierzonych nam zadaniach. Praca z głuchoniemą i niedowidzącą młodzieżą dała nam bardzo wiele. Nabrałyśmy nowych perspektyw i jeszcze bardziej otworzyłyśmy się na świat. Warsztaty z dzieciakami były najmilszą częścią naszego projektu. Problemy ze słuchem czy ze wzrokiem nie stanowiły absolutnie żadnej przeszkody ku temu, żeby nawiązać nowe przyjaźnie.

18920300_10213499697875132_438226422578078406_n

7. Krajobraz

To, że Macedonia pięknym krajem jest nie trzeba nikomu mówić. A najpiękniej jest gdy poranną kawę możesz wypić siedząc na balkonie i patrzeć na góry. Oj będzie tęskno…

fota

 

 

Jeszcze tu wrócimy!

P.S. Większość miejscowych osób nie wierzy nam, że wyjeżdżamy i że tym razem na pewno na dłużej. Przyzwyczaili się do nas. Stałyśmy się naturalnym elementem krajobrazu. Jak próbujemy im wytłumaczyć, że to jednak naprawdę na stałe, że kończy nam się wiza, to oferują, że oni nam przecież załatwią wizę i że mogą nas zatrudnić u siebie w knajpie. W sumie dlaczego nie? Czego mogłybyśmy chcieć więcej od życia?

Advertisements

5 powodów, dla których warto pojechać do Kosowa (wpis dla dziewczyn)

Czujemy się z Agatą bardzo związane z Kosowem, zwłaszcza z Prisztiną. Wiele tam razem przeżyłyśmy. Pierwszy raz pojechałam do Kosowa w 2011 roku i od tamtej pory ciągle tam wracam. Przez te kilka lat państwo bardzo się zmieniło i rozwinęło. Różnice między Macedonią a Kosowem widać gołym okiem jadąc autobusem ze Skopje do Prisztiny. Przy dobrych wiatrach podróż trwa 2h, w zależności od trasy i stanu pojazdu, który nas transportuje.

Nie obiecujemy, że Kosowo spodoba się chłopakom. Ale damy sobie rękę uciąć, że spodoba się dziewczynom 🙂 Poniżej 5 powodów, które powinny skusić kobietę w każdym wieku do wyprawy do Kosowa.

1. Poczujesz się najpiękniejsza na świecie

I to nie dlatego, że miejscowe dziewczyny nie są zbyt atrakcyjne – wręcz przeciwnie! Wyglądają perfekcyjnie, jak z teledysków. Albańczycy bardzo otwarcie okazują swoje zainteresowanie płcią przeciwną. Możesz być w dresie, trampkach i bez makijażu, a i tak będziesz czuć się bardzo atrakcyjna, wszystko dzięki westchnieniom podziwu, zachwytowi nad naszym pięknem, pożerającemu wzrokowi, dwuznacznym cmoknięciem a także (naprawdę to się zdarzyło) szczęknięciem. Niejeden samochód zwolni bądź się zatrzyma żeby podziwiać twą piękną postać. Oczywiście na dłuższą metę jest to krępujące, męczące a nawet wkurzające, ale na wakacje w sam raz. Nie czujesz przy tym, że znajdujesz się w niebezpieczeństwie, że zaraz stanie Ci się krzywda… Albańczycy są gościnni, uczynni, otwarci, przyjaźni i troskliwi.

Jeżeli jesteś singielką/rozwódką/wdową/starą panną/masz chłopaka bądź narzeczonego lub męża, ale chciałabyś sie trochę dowartościować to wbijaj śmiało do Kosowa. Nawet bez makijażu. Wyjedziesz z o wiele lepszą samooceną 🙂 Zwłaszcza blondynki i jasnookie.

c0afd30dbdf75e1287445fe4d96e8a687730

2. Zobaczysz prawdopodobnie najprzystojniejszych facetów w swoim życiu

O ile powyższy punkt może być dla części dziewczyn odstraszający, to jestem pewna, że rozchmurzyłyby się gdyby wiedziały u jakich facetów mogą wzbudzać zainteresowanie. Kosowarzy to, jak to się mówi, chłopcy malowani, jak z obrazka, odważne mocne spojrzenie, nienaganny ubiór, zawsze zadbani. Właściwie można tylko usiąść i podziwiać. A uczucie, że to właśnie oni podziwiają Ciebie jest jeszcze lepsze! 🙂 Najszczęśliwsze będą fanki brunetów z ciemnymi oczami, ale blondyni z niebieskimi też się znajdą (Agata była zadowolona). Ponadto, oni wszyscy wiedzą jak zagadać do kobiety, jakby wiedzieli co chcemy usłyszeć itd. Część z nich mogłaby śmiało otworzyć w Polsce coś w rodzaju szkoły podrywu. Polacy mogliby się czegoś od nich nauczyć.

#albanianboys

3. Dobrze zjesz

Bałkańska kuchnia jest generalnie bardzo smaczna, wypełniona dobrze przyprawionym grillowanym mięsem, dorastającymi w pełnym słońcu warzywami, ajwarem i pysznymi serami. Ale Albańczycy wymyślili coś, czego nie można porównać do niczego innego. Rozkosz w postaci ciasta o nazwie TRILECE. Jest to biszkopt obficie nasączony trzema rodzajami mleka: krowim, kozim i owczym z przepyszną polewą karmelową. Nawet osoby nielubiące mleka rozkochują się w tym połączeniu. W Prisztinie najlepsze trilece jest w kawiarniach “Ma Belle”. Czysty obłęd. Zwłaszcza jeżeli takie ciacho serwuje Ci przystojniak z punktu drugiego 🙂

trilece

4. W Prisztinie pójdziesz na najlepsze imprezy!

Wspomnę raz jeszcze gdybyście zapomniały 🙂 z najprzystojniejszymi chłopakami. I na pewno będzie ich więcej niż dziewczyn. Przy albańskich hitach będziesz się świetnie bawić do samego rana, bardzo prawdopodobne, że poznasz w trakcie zabaw właściciela lokalu albo np. ambasadora Czarnogóry (jak ja ostatnio z moimi dziewczynami z Polski, które przyjechały mnie oodwiedzić), znanego reżysera, który od razu staję się twoim najlepszym znajomym co owocuje spotkaniami na kawie. Nie wydasz zbyt wiele pieniędzy, bo napoje będą same do Ciebie przybywać od różnych darczyńców liczących na chociaż jeden taniec z Tobą.

5. Zwolnisz

Na pewno zwolnisz i się wyluzujesz będąc w Kosowie. Przesiedzisz pół dnia na kawie ze znajomymi, bo wszyscy tak robią i wszyscy mają czas. I wiele się przy tym nauczysz o miejscowym życiu oraz o sobie samej. Nabierzesz dystansu do pośpiechu, pracy, i na pewno do swoich kompleksów. Tylko Tobie przeszkadza tych kilka kg za dużo czy za mało, cellulit, rozstęp czy zmarszczka.

images

To tak w ramach wstępu do kosowskiej rzeczywistości 🙂

Polecamy gorąco!

P.S. Więcej zdjęć chłopaków nie wstawiamy, bo musicie przyjechać i same zobaczyć 🙂

B&A

Gdy piekło staje się rzeczywistością

Lipiec w Europie: Lato. Morze. Plaża. Słońce. Opalenizna.

Lipiec w Macedonii: Pot. Łzy. Pot. Poparzenia. Pot. Piekło. I pot.

Nikt nie mówił, że będzie lekko. Same też dobrze o tym wiedziałyśmy. Ale za każdym razem mówiłyśmy sobie “Nie będzie tak źle. My nie przetrwamy?” Odpowiedź na to pytanie nadeszła pod koniec czerwca: “Nie, naiwne idiotki, nie przetrwacie”.

Zaczęło się spokojnie, 25 stopni, 28 stopni… nasze podniecenie ciepełkiem wzrastało i absolutnie nie zauważyłyśmy kiedy zaczęłyśmy wyglądać o tak:

19893859_10213074713963811_1334875457_o

Na pewno znacie ten moment kiedy po wyjściu spod prysznica zastanawiacie się czy źle się wytarliście czy to już pot. W naszym przypadku to zawsze jest pot. ZAWSZE.

Bardzo szybko dotarło do nas, że nie ma sensu nakładać makijażu. Piękne z natury (każdy niemiły komentarz zostanie przez nas usunięty więc darujcie sobie) przystałyśmy na myśl że przynajmniej ładnie opalimy ryjki. No cóż, z opalenizną też nam nie wyszło. Barbara jest idealnym przykładem jak się NIE opalać.  Zauważmy jednak opalone miejsce, w którym była biżuteria. Dama w każdym calu.

20068226_10213877902330007_1311074345_n

Użycie kremu z ochroną 50 i stanie w cieniu nie pomogło.

Każdego dnia żyłyśmy z nieprzyjemnym uczuciem, że skopijska pogoda jeszcze nie pokazała nam na co ją stać. Barbara nie czekając na najgorsze zakupiła na “plastikowej ulicy”, nazywaną również macedońską IKEĄ, ten oto wiatrak.

1499857336852419903772

Niczego nieświadome korzystałyśmy z dobrodziejstw jakie nam umożliwiono, aby choć trochę się schłodzić.

 

20049052_10213877902130002_1328150961_o

Pomimo dostępu do wody w domu dalej wyglądałyśmy tak:

19911849_10213074598840933_1990260922_o

Ja (Agata) starająca się przetrwać.

Kolejne dni pokazywały 30 stopni, 35. Pierwsze łzy pojawiły się wraz z tym:

20068082_10213074970170216_210198894_n

Nastąpił jednak ten cudowny dzień kiedy właściciel naszego mieszkania przypomniał sobie, że przecież mamy w domu klimatyzację! Cóż za radość! Okazało się, że zepsute “coś” na balkonie, które Barbara mylnie wzięła za piekarnik jest w rzeczywistości klimatyzacją. Dalej nazywamy naszą klime piekarnikiem, ale już się z niej nie śmiejemy. Stojąca w otwartym oknie, wsparta na deskach (o zgrozo tylko czekamy aż spadnie na dół z czwartego piętra) uratowała nam życie. Dosłownie. Tak bardzo ją lubimy, że przeniosłyśmy nasze materace z łóżek i razem śpimy w salonie. Szkoła przetrwania trwa.

19531710_10212902915228950_1021885365_o

Klimatyzacja “wybawicielka” aka piekarnik

19897606_10213074598440923_1435395061_o

Barbara z nowo poznaną koleżanką szybko przekroczyła granice intymności

20049158_10213877904010049_901314089_o

Nowe sypialnie w salonie

Życie z klimatyzacją nas rozpieściło. Znów uśmiech zawitał na naszych opalonych twarzach i kolejny raz nie zauważyłyśmy, że apokalipsa się zbliża. Wielkimi krokami doszło. Nasze małe piekiełko w centrum pięknej Macedonii. A wygląda ono tak:

20050452_10213074787685654_492910795_o

Nie poddajemy się, walczymy. Wiemy, że to jeszcze nie koniec. Zdajemy sobie sprawę, że Skopje z nami nie skończyło.

Na zakończenie tego jakże niezbyt przyjemnego posta (ja, Agata, spociłam się pisząc) pocieszcie się zdjęciem naszego wspołlokatora Petera. On także nie wie jak się opalać.

20030657_10213074599640953_78132957_n

 

Jak zdobyć macedońską wizę?

Zdobycie macedońskiej wizy wcale nie jest takie łatwe. Procedura jest długa, wymaga złożenia wielu dokumentów i uzbrojenia się w duże pokłady cierpliwości. W pewnym momencie miałyśmy wrażenie, że nigdy nie uzyskamy zgody na legalny pobyt w Macedonii. Kosztowało nas to wiele (dosłownie i w przenośni), ale się udało.

Cały proces możemy podzielić najprościej na dwa etapy, polski i macedoński. Zanim jednak do nich dotrę, najpierw przedstawię kilka przydatnych informacji dla osób udających się do Macedonii:

  • Polscy obywatele nie potrzebują wiz w przypadku pobytów nieprzekraczających 90 dni (w okresie 180 dni) oraz podczas przejazdów tranzytowych.
  • Polacy mogą wjechać do Macedonii na podstawie ważnego dowodu osobistego, paszport nie jest wymagany, ale uważam, że warto mieć go zawsze ze sobą (ułatwienia w hotelach, wypożyczalniach samochodowych czy bankach).
  • Na terytorium Macedonii nie wjedziemy samochodem jeżeli nie będziemy mieć wyrobionej tzw. zielonej karty.
  • Jeżeli przebywamy w Macedonii dłużej niż 24 godziny (czasami policjanci mówią o 48), to ciąży na nas obowiązek meldunkowy. Jeżeli śpimy w hotelu, hostelu itp. to nie musimy się niczym martwić, bo obsługa obiektu wypełni ten obowiązek w naszym imieniu. Jeżeli odwiedzamy prywatnie jakiegoś znajomego obywatela Macedonii, to obowiązek meldunkowy spoczywa na nim. Możemy zameldować się również sami, wybierając najbliższy posterunek policji, ale może to nie być zbyt łatwe. Policjanci nierzadko są słabo zorientowani w przepisach i za każdym razem wymagają innych dokumentów przy meldunku. Przerabiałyśmy chyba wszystkie opcje, proszono nas o przyjście wraz z właścicielem mieszkania, w którym przebywamy, pytano nas o umowę wynajmu mieszkania, a czasami wystarczył tylko uśmiech i obietnica, że na pewno spotkamy się na kawę (strategia Barbary, która jednak nigdy nie zrealizowała danych obietnic). Meldunek to po prostu kawałek papieru z naszymi podstawowymi informacjami podpisany przez policjanta. Od jakiegoś czasu meldować się można również przez Internet. Poza tym, że trzeba się zameldować, to należy się również wymeldować. Szczerze – wcześniej nigdy się nie przejmowałyśmy meldunkami, teraz jednak wiemy, że nasi znajomi często są o nie pytani przy przekraczaniu granicy. Lepiej poświęcić trochę czasu i dopilnować tej formalności. W przeciwnym wypadku może nas czekać kara: grzywna w wysokości 100-500 euro, a nawet dwuletni zakaz wjazdu do Macedonii. Brzmi niewiarygodnie, ale naprawdę tak tutaj jest. Na granicy często można się dogadać i dać łapówkę w postaci 10 euro, ale czy warto ryzykować?

Meldunek a na drugiej stronie kontakt do pana policjanta 🙂

Ja, Barbara, proces ubiegania się o macedońską wizę przerabiałam już dwukrotnie. Po raz pierwszy przy okazji dwusemestralnej wymiany studenckiej (wiza studencka) oraz w związku z naszym obecnym pobytem. Ten wpis poświęcony jest wyłącznie wizie wolontariackiej, ale pozostałe rodzaje wiz róznią się wyłącznie wymaganymi dokumentami.

ETAP POLSKI

Jeżeli wiesz, że wybierasz się do Macedonii na dłużej niż 3 miesiące, to najlepiej zacznij działać z kolekcjonowaniem wszystkich dokumentów najszybciej jak to możliwe. Oczekiwanie na odpowiedź w sprawie wizy typu D trochę trwa.Należy brać pod uwagę również takie niespodzianki, jakie nas spotkały, np. zamknięcie ambasady na cały okres sierpnia. Rozumiem, że wakacje i w ogóle, ale żeby nikogo nie było w najgorętszym okresie? To właśnie wtedy studenci chcący wyjechać na wymiany będą próbować skłdać papiery. No, ale jak to z bałkańskimi formalnościami – zawsze jest pod górkę.

Wykaz dokumentów wymaganych przy ubieganiu się o wizę w przypadku wolontariatu:

  1. Wniosek o wizę
  2. Dowód, że wnioskodawca posiada środki utrzymania
  3. Dowód, że wnioskodawca ma zapewnione zakwaterowanie bądź posiada na nie środki
  4. Umowa wolontariatu zawarta między wnioskodawcą a organizatorem wolontariatu w Macedonii (również wersja po macedońsku)
  5. Program wolontariatu (rozpisany wg dni w tabelce – po macedońsku)
  6. Zgoda/pozwolenie na wolontariat z macedońskiego Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej
  7. Wypełniony wniosek o wydanie zezwolenia na pobyt czasowy w Republice Macedonii
  8. Dowód ubezpieczenia zdrowotnego
  9. Zaświadczenie stwierdzające, że wnioskodawca nie został skazany
  10.  Dowód, że wobec wnioskodawcy nie prowadzi się postępowań karnych w Polsce
  11. Paszport
  12. Kolorowe zdjęcie na białym tle (3,5 x 4,5cm)
  13. Dowód uiszczenia opłaty konsularnej w wysokości 70 euro – bez niego nie złożymy naszych dokumentów

Punkt 9 i 10 to jeden dokument, zaświadczenie o niekaralności. My nasze wyciagałyśmy z Sądu Okręgowego w Poznaniu. Uzyskanie tego dokumentu kosztuje 30 zł. Można załatwić to również drogą internetową, ale wówczas trzeba dłużej czekać, a my czasu niestety nie miałyśmy. Z wyciągniętym zaświadczeniem o niekaralności musimy udać się do Warszawy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w celu uzyskania Apostille. Nielicząc biletu to kolejny wydatek w wysokości 60 zł. Ale to nie koniec. Zaświadczenie o niekaralności z pieczatką Apostille musi być przetłumaczone na język macedoński przez tłumacza przysięgłęgo. To samo tyczy się ubezpieczenia zdrowotnego oraz paszportu.

Jak widzicie jest tego mnóstwo. Jako że przed wolontariatem pojechałam sobie latem do Skopje to dokument nr 6 wyciągnęłam dla mnie i dla Agaty osobiście. Przy okazji zwiedziłam sobie budynek Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Po zgromadzeniu wszystkich dokumentów umawiamy się na wizytę w ambasadzie w Warszawie. Dostajemy informację o konkretnym dniu oraz godzinie. Zazwyczaj. Ja umówiłam się na osobistą wizytę z konsulem ponieważ jak wspomniałam ambasada była nieczynna w sieprniu, czyli akurat wtedy kiedy była nam najbardziej potrzebna. Dzięki temu mogłam zobaczyć budynek również od środka, a nie jak to zwykle bywa stać wyłącznie w przedsionku. Ambasada Macedonii mieści się w zwykłym domu mieszkalnym.

IMG_6852

Ambasada Macedonii w Warszawie

Po złożeniu dokumentów w ambasadzie zostają one wysyłane do Macedonii. Następnie z Macedonii przesyła się dokument, bez którego nie rozpoczniemy tego właściwego postępowania, które będzie miało miejsce w Skopje. Oczekiwanie na dokument trwa około miesiąca. Raz możesz usłyszeć, że się postarają i mamy się spodziewać dokumentu w przeciągu 2 tygodni, innym razem trwa to dwa albo trzy razy dłużej. Kiedy kończy się cierpliwość i czujesz, że nie możesz niczego zaplanować, daty wyjazdu, kupna biletu, to zaczynasz nękać ambasadę codziennymi telefonami i mailami. Pracownicy w ambasadzie nie wiedzą w jakim toku jest rozpatrywanie naszych dokumentów, odświeżają jedynie dane w systemie. Jak już otrzymamy odpowiedź to ponownie umawiamy się na wizytę w ambasadzie. Dostajemy wlepkę do paszportu, wizę typu D, oraz wyczekiwany dokument. Wtedy możemy ruszać do Macedonii, ale to dopiero półmetek załatwiania formalności…

U nas było trochę inaczej. Rozpoczynałyśmy wolontariat formalnie od 1go października, ale wizy nie dostałyśmy na czas i nikt w ambasadzie nie umiał nam powiedzieć kiedy ją dostaniemy. Więc pojechałyśmy bez (życie na krawędzi). W dniu przyjazdu otrzymałam telefon, że wiza czeka na odbiór i że mogę przyjeżdzać. Cóż… Zrobiłam to dopiero podczas przerwy bożonarodzeniowej.

Będąc już w Macedonii zostałam wysłana na szkolenie z zakresu wizy wolontariackiej. Mało kto jest zorientowany w przepisach. Faktem jest jednak, że wolontariusze nie powinni przyjeżdżać do Macedonii bez uprzedniego zdobycia wizy typu D. Przebywanie w kraju w ramach wizy turystycznej jest niezgodne z prawem. Moim zdaniem dopilnowanie tych formalności jest zadaniem organizacji przyjmującej, która powinna być zorientowana w przepisach swojego kraju. Wjazd wolontariusza jako turysty może skończyć się obcięciem funduszy dla organizacji oraz negatywną oceną i brakiem możliwości przyjmowania wolontariuszy w przyszłości.

ETAP MACEDOŃSKI 

Kiedy uda nam się pomyślnie przejść przez pierwszy etap to musimy być świadomi, że jesteśmy dopiero na półmetku naszych starań o legalny pobyt w tym pięknym bałkańskim kraju.

W przypadku wyjazdu na wolontariat jest trochę łatwiej, bo nie jesteśmy skazani na samodzielne błąkanie się po ministerstwach. Możemy liczyć (przynajmniej tak było w naszym przypadku) na pomoc kogoś z organizacji goszczącej. Kiedy załatwiałam wizę studencką było znacznie trudniej i bardziej stresująco, bo wszystko musiałam załatwić sama.

Po przekroczeniu granicy mamy ściśle określony okres, w którym powinniśmy rozpocząć dalsze starania o zgodę na pobyt tymczasowy w Macedonii. Dokumenty składane na miejscu są niemalże takie same, jak te,  składane w Polsce. Trzeba tylko wnieść dodatkowe opłaty za wydanie dowodu. W celu ich złożenia musimy się udać do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które mieści się na dziewiątym piętrze budynku zwanego Macedońskim Radiem i Telewizją.

To jest dopiero przygoda! Windy często nie działają więc trzeba dzielnie maszerować schodami. Szybko zorientujemy się, że jesteśmy na odpowiednim piętrze. Korytarze są pełne obcokrajowców, przede wszystkim studiujących tutaj Albańczyków i Turków. Jest duszno, nie ma gdzie usiąść (rozlatującej się mini ławeczki i jednego krzesła nie liczę), trzeba odczekać swoje w kolejce. Oczywiście najpierw musimy odnaleźć odpowiednią kolejkę, a to nie zawsze jest proste. W jednym pokoju przyjmuje się osoby ubiegające się o wizę studencką, w innym o wolontariacką i pracowniczą a jeszcze w innym osoby, które stały się współmałżonkiem obywatela Macedonii. Jedna pani pamiętała mnie sprzed dwóch lat i wywróżyła mi, że kolejnym razem trafię do tego ostatniego pokoju 🙂 Szczerze – mam nadzieję, że tak się nie stanie.

My trafiłyśmy do Ministerstwa w styczniu, było zimno, woda pozamarzała w rurach i na całym piętrze unosił się odór z toalet, w których nie działały spłuczki. Naprawdę myślałam, że po raz pierwszy w życiu stracę przytomność. Składanie dokumentów odbywa się w wyznaczonych dniach i godzinach w tygodniu. Załóżmy, że wyznaczono trzy godziny z czego pracownicy Ministerstwa zrobili sobie jedną godzinę przerwy. Bo zivot e pauza vo Makedonija.

Nie wiedziałyśmy jak wypełnić jeden z dokumentów. Pani, która nas obsługiwała popatrzyła na niego i go przekreśliła. Tyle, koniec problemu. Trzy panie w pokoju i każda ma inne zdanie na temat tego, co zrobić z jednym naszym dokumentem. Zaakceptować? Odrzucić? Moja taktyka na zagubioną, biedną dziewczynkę z zagranicy znowu się sprawdziła. Dokumenty przyjęte, ale to nie koniec. Czekamy w kolejce do innego pokoju, w którym będą nam robić zdjęcia. Bez zbytniego ostrzeżenia, zwykłym aparatem na białej ścianie. W Ministerstwie musimy zjawić się ponownie po około miesiącu, mając nadzieję, że otrzymamy pieczątkę w paszporcie ze zgodą na pobyt tymczasowy oraz macedoński dowód osobisty.

Otrzymałyśmy zgodę (nic specjalnego, zwykła pieczątka w paszporcie) i dowody. Agata pod adresem, pod którym już nie mieszkałyśmy, bo zdążyłyśmy się przeprowadzić a ja z adresem, pod którym byłam zameldowana w Macedonii dwa lata temu. Jakoś się nie zdziwiłam. Makedonska rabota. To nic, że składałyśmy umowy wynajmu mieszkania, pisałyśmy adresy w przynajmniej trzech dokumentach w każdym z krajów. Byłam w systemie i nikt tego nie sprawdził. Nie wymieniłam dowodu, bo nie miałam już cierpliwości czekać ponownie ileś tygodni. Także tyle zachodu po to żeby dostać dowód osobisty, ale z błędem.

Nasze macedońskie dowody 🙂

Cieszę się, że etap załatwiania wizy już za nami i mam nadzieję, że nigdy nie będziemy musiały przez to ponownie przechodzić!

Jeżeli z sukcesem przejdzie się przez macedońskie formalności, to z pewnością będziecie mieć poczucie, że nic już Wam w życiu nie straszne 🙂

WAŻNE ADRESY I DANE KONTAKTOWE:

Ambasada Macedonii w Warszawie

adres: ul. Królowej Marysieńki 40, 02-954 Warszawa

telefon: + 48 22 651 72 91

e-mail: ambrmwar@zigzag.pl

Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Skopje

adres: ul. Dimitar Pandilov 2a, 1000 Skopje

telefon: +389 2 324 8820

e-mail: skopje.amb.sekretariat@msz.gov.pl

 

Mam nadzieję, że wpis okaże się przydatny dla osób chcących wyjechać na dłużej do Macedonii 🙂

Nowy Rok – “nowa Macedonia”

Bardzo długo się nie odzywałyśmy. Musiałyśmy przywyknąć do nowej macedońskiej rzeczywistości, która nas przywitała po powrocie z przerwy świątecznej. Byłyśmy nieco sfrustrowane więc wolałyśmy pozwolić trochę ochłonąć naszym emocjom żeby nie przelewać frustracji na naszych Czytelników.

Co się zmieniło w naszym wolontariackim życiu w Macedonii?  Śmiało możemy powiedzieć, że prawie wszystko 🙂

Po pierwsze, co boli nas chyba najbardziej, nie pracujemy już na naszej ukochanej Čaršiji… Nasza organizacja wraz z początkiem roku przeniosła swoją siedzibę do innej, peryferyjnej, nie znanej nam wcześniej dzielnicy Skopje. Tęsknimy za naszym królestwem 😦 Lokalizacja była jednym z głównych czynników, dla których wybrałyśmy akurat tę organizację. Poza tym praca w biurze mieszczącym się nad miejscowym klubem gejowskim dostarczała nam niezapomnianych wrażeń, których nam teraz naprawdę brakuje.

IMG_8159

Nowa siedziba naszej organizacji

Nowe przyjaźnie 🙂

Po drugie, co wiąże się z pierwszym, nie mieszkamy już w centrum. Znaleziono dla nas lokum bliżej pracy (jeżeli mieszkanie byłoby oddalone od biura więcej niż 2 km to organizacja musiałaby nam płacić za transport). Mieszkanie jest w o wiele lepszym stanie niż nasze poprzednie, nie ma karaluchów (ok, był tylko jeden, ale nie przyporowadził przyjaciół), mamy trzy balkony, możemy bezpiecznie korzystać z prądu itp. Nie podobają się nam jedynie napisy na klatkach schodowych, które głoszą śmierć dla Albańczyków. Jako, że lubimy życie na krawędzi, to z premedytacją przyprowadzam (ja, Barbara) tutaj swojego albańskiego chłopaka i innych naszych albańskich znajomych. Położenie, zarówno biura, jak i mieszkania sprawia, że coraz rzadziej bywamy w naszym królestwie. Poddani i fani tęsknią, co widać podczas naszych sporadycznych odwiedzin.

Čaršija nas rozpuściła. Początki związane ze zmianą miejsca były naprawdę ciężkie. Byłyśmy przyzwyczajone, że w każdej chwili możemy wyskoczyć do ulubionej knajpki, na obiad albo na baklave. Teraz tego nie ma, bo “pracujemy” pośrodku niczego. Nasza organizacja mieści się teraz w trzech połączonych ze sobą mieszkaniach. Jedno mieszkanie przeznaczono na biuro, drugie na training center a trzecie na youth center. Fajnie, dziewczyny się cieszą, bo wcześniej nie miały takiej przestrzeni do zagospodarowania. Niestety położenie biura sprawia, że młodym osobom nie chce się przychodzić na odbywające się tutaj szkolenia i warsztaty – jest wysoko, daleko od centrum, połączenie komunikacyjne jest kiepskie, a wiadomo, że młodzież raczej nie ma zamiaru wydawać pieniędzy na taksówki.

IMG_8276

Nasz ulubiony sąsiad ❤

Początek roku wiązał się więc z przeprowadzkami, ponowną aklimatyzacją i urządzaniem nowych kątów. Obecne biuro było właściwie puste, nieumeblowane i nieprzystosowane do bycia biurem. Przez około trzy tygodnie zajmowaliśmy się z różnymi ochotnikami sprzątaniem, malowaniem ścian itp. Dziewczyny dostały dofinansowanie, z ktorego kupiły meble (potrzebne do pracy stoły, krzesła i lazy bags) i sprzęty biurowe. Mamy ogródek, w którym się opalamy i dokarmiamy bezdomne zwierzęta.

Z innych zmian to nie ma już z nami naszej kochanej Normy! 😦 Skończyła swojego EVSa, ale obiecała, że będzie nas odwiedzać. Od dłuższego czasu jest mowa o nowym “wolontariuszu widmo”. Nikt nie wie, kiedy przyjedzie, ani czy to będzie on czy ona. Wiemy jedynie, że będzie to osoba z Turcji i spędzi z nami dwa miesiące. Jeżeli się pojawi, to na pewno damy Wam znać! 🙂

IMG_8027

NORMA WE LOVE YOU!!!! ❤ 

Praca z młodzieżą – relacja z naszego pierwszego projektu

Po ponad miesięcznej przerwie wracamy z naszymi wpisami 🙂 W grudniu jeszcze sporo się działo, potem miałyśmy przerwę świąteczną a nowy rok rozpoczął się wielkimi zmianami dla nas i naszej organizacji. O zmianach damy Wam znać jak poznamy wszystkie szczegóły. Tak właściwie same jeszcze wszystkiego nie wiemy, ale nie jesteśmy tym jakoś zbytnio zaskoczone – w końcu jesteśmy w Macedonii 🙂

Jednym z głównych naszych zadań od czasu rozpoczęcia wolontariatu była organizacja oraz przeprowadzenie warsztatów z młodzieżą mającą problemy ze słuchem oraz ze wzrokiem. Nie ma co ukrywać – byłyśmy nieco przerażone, nie wiedziałyśmy jak sobie poradzimy. Żadna z nas nie miała do tej pory doświadczenia w tym kierunku. I pomimo krótkiego szkolenia (bardzo pobieżnego) z naszą mentorką, zostałyśmy rzucone na głęboką wodę.

Jak wiadomo, co innego teoria a co innego praktyka i zderzenie z rzeczywistością. Praca z dzieciakami okazała się super! 🙂 Nie powiedziałabym, że jest łatwa i lekka (wszystko należy dostosować pod ich specjalne potrzeby), ale na pewno przyjemna. Główną ideą warsztatów była m.in. integracja młodzieży niedowidzącej/niewidomej, niedosłyszącej/głuchoniemej z osobami nieposiadającymi takich utrudnień. Dlatego też w naszych warsztatach uczestniczyły również osoby spoza szkół. Łącznie udało nam się przeprowadzić osiem warsztatów: cztery w szkole dla głuchoniemych oraz cztery w szkole dla niewidomych. Poniżej przedstawiamy Wam fotorelację z naszych spotkań 🙂

Warsztaty w szkole dla głuchoniemych

Warsztaty z tymi dzieciakami to prawdziwa przyjemność.  Wiedzieliście, że każdy kraj ma swoją wersję języka migowego? Komunikacja i wzajemne zrozumienie, które było naszym największym zmartwieniem, nie stanowiły żadnego problemu. Nasi podopieczni są w stanie czytać z ruchu naszych warg – musimy tylko pamiętać o tym, żeby mówić wolno, wyraźnie i zwróceni bezpośrednio w ich stronę. Poza tym, mamy swojego asystenta, który tłumaczy im z macedońskiego na język migowy.

Zajęcia odbywały się późnymi popołudniami na terenie szkoły dla głuchych “Partenie Zografski”, posiadającej również akademik. Zarówno głusi, jak i niewidomi są marginalizowaną społecznością w Macedonii, każda inicjatywa współpracy oraz zainteresowanie były przyjmowane bardzo pozytywnie.

Pierwsze warsztaty miały na celu zapoznanie się i nawiązanie kontaktu z młodzieżą. Przygotowałyśmy kilka gier, dzięki którym dowiedzieliśmy się o sobie nawzajem wiele ciekawych rzeczy. Wiele radości przysporzyła wszystkim zabawa z papierem toaletowym, która nazywa się “Weź tyle, ile potrzebujesz”. Każdy odrywał tyle listków, ile uważał za stosowne. Na koniec dowiadywali się, że tyle, ile listków papieru sobie zagarnęli, tyle różnych rzeczy musieli o sobie opowiedzieć.

Drugie warsztaty, które przeprowadziłyśmy były związane z origami. Razem udało nam się stworzyć oraz przyozdobić wiele ciekawych figur. Nasza grupa okazała się bardzo utalentowana plastycznie. Zdecydowanie bardziej od nas samych 🙂

img_6273img_6272img_6271img_6270img_6269img_6268img_6267img_6265img_6264img_6263img_6262img_6261

Trzecie warsztaty poświęcone były tematyce zimowej. Aby się do nich przygotować musiałyśmy zakupić nieprzyzwoicie dużą ilość papieru toaletowego (nasz czteroosobowy “apartament” po miesiącu nadal korzysta z tych zapasów), ponieważ podstawowym materiałem były tekturowe rolki. Powstały pingwiny, renifery, bałwanki… Największą kreatywnością wykazała się Agata tworząc jakże piękną choineczkę 🙂

Nasze ostatnie spotkanie w starym roku miało charakter typowo towarzyski. Przyjechałyśmy do szkoły z domowymi wypiekami i napojami. Rozmawialiśmy o ich planach na najbliższy miesiąc oraz o tym, co by chcieli z nami robić w przyszłości – bo jesteśmy pewne, że chcemy kontynuować naszą współpracę z tą grupą. Są wspaniali, przyjaźni i chętnie uczą nas nowych znaków w języku migowym 🙂

img_6705img_6704img_6700img_6707img_6706img_6708img_6709

Warsztaty w szkole dla niewidomych

O ile współpraca ze szkołą dla głuchoniemych przebiegała bardzo sprawnie i profesjonalnie, to komunikacja z przedstawicielkami ze szkoły dla niewidomych była znacznie bardziej kłopotliwa. Zdarzyło się, że przyjeżdżałyśmy na umówione wcześniej warsztaty, ale odpowiedzialne za współpracę osoby nie przekazywały tej informacji dalej bądź w ogóle się nie pojawiały, co było równoznaczne z tym, że nie pojawiali się także sami uczestnicy warsztatów. Mimo trudności, tam również udało nam się przeprowadzić cztery warsztaty.

Praca z osobami niewidomymi bądź niedowidzącymi okazała się dla nas o wiele większym wyzwaniem niż praca z młodzieżą głuchoniemą. To grupa wymagająca o wiele większej uwagi z naszej strony oraz staranniejszego przygotowania. Ważne jest to, aby używać pozostałych zmysłów, jak zapach, słuch czy dotyk. Wiele z tych dzieci jest utalentowanych muzycznie, śpiewa i gra na różnych instrumentach.

Pierwsze zajęcia poświęcone były na bliższe zapoznanie sie, nie tylko przez rozmowę, ale również za pośrednictwem gier i zabaw. Przedstawiłysmy podopiecznym nasze plany na przyszłe warsztaty oraz zapytałyśmy się o ich pomysły i sugestie. Dziewczyny wysunęły nawet propozycję grania w butelkę 🙂

Drugie warsztaty były wyzwaniem. Podobnie jak w szkole dla głuchoniemych postanowiłyśmy zająć się origami. Z naszą pomocą powstały przepiękne pieski, kotki, statki oraz łabędzie! Dzieciaki były dumne z siebie a my z nich 🙂

img_6255img_6254img_6253img_6250img_6247img_6249

Trzecie spotkanie poświęcone było tematyce zimowej. Uczestnicy mieli za zadanie ukazanie za pomocą plasteliny tego, co im się kojarzy z zimą. Rezulataty przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Spodziewałyśmy się figurek choinek, bałwanków, prezentów – zamiast tego były krzyże i dwunastu apostołów 🙂

Czwarte spotkanie odbyło się przy domowym cieście. Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe warsztaty, opowiedziałyśmy o świętach w Polsce, o planach na nowy rok itp. Uczestnicy warsztatów chcieliby żebyśmy uczyły ich języka angielskiego więc bardzo możliwe, że uda nam się zrealizować taki projekt podczas naszego wolontariatu.

img_6698

Nasze warsztaty z dziećmi zostaną wznowione najprawdopodobniej w marcu. W związku ze zmianami w naszej organizacji mamy teraz do realizacji inne zadania, o których z pewnością nie omieszkamy tutaj napisać.

Macedońskie ŻYCIE NA KRAWĘDZI

Na studiach oraz podczas naszych licznych wyjazdów miałyśmy okazje wielokrotnie przetestować na swojej skórze wszystkie etapy adaptacji kulturowej. Zasadniczo wymienia się cztery fazy, przez które przechodzą wszystkie osoby przebywające na obczyźnie:

  1. Miesiąc miodowy – to ten czas, kiedy wszystko nam się podoba w nowym miejscu, jesteśmy zafascynowani odmienną kulturą i dostrzegamy same pozytywne aspekty przebywania w obcym kraju. (baklavaaaa, kebapi, przystojni chłopcy, przyjaźni ludzie, tanie taksówki, soczyste pomidoryyyy!<3)
  2. Szok kulturowy – zderzenie z rzeczywistością i dezorientacja. Przybieramy wrogą postawę wobec nowego miejsca, wiele rzeczy zaczyna nas denerwować i często dochodzi także do sytuacji stresowych. To nie tylko konflikt z otoczeniem, ale i z samym sobą, zderzenie postrzegania swojej kultury, zwyczajów i systemu wartości przez pryzmat tej nowej, odmiennej.
  3. Ożywienie – faza poprawy, coraz łatwiej zrozumieć nam miejscowy język, powraca dobry nastrój, wiara w siebie i w swoje możliwości.
  4. Dopasowanie – akceptujemy obcą kulturę jako odmienną, ale równie wartościową jak nasza własna. Akceptujemy  i postrzegamy miejscowe zwyczaje, normy i wartości jako inne, ale nie jako gorsze. (Zawsze podkreślam – nie ma kultur gorszych i lepszych, nie można ich porównywać ani wartościować, kultury są tylko i wyłącznie odmienne względem siebie)

Po powrocie do kraju często przeżywamy tzw. szok popowrotny (wiele razy go doznawałyśmy), kiedy to tęsknimy za krajem, który opuściliśmy.

Mimo, że już wielokrotnie przeszłyśmy przez wszystkie powyższe fazy to często powracamy do fazy drugiej. Szok. I mimo, że kochamy Bałkany, kochamy Macedonię, cieszymy się, że to właśnie tutaj jesteśmy, to jest kilka rzeczy, na które trzeba się przygotować psychicznie, jeżeli chcielibyście zamieszkać tutaj na dłużej. Do zeszłego tygodnia myślałam, że wszystko, co mogłoby nas zadziwić już się wydarzyło. Okazało się, że Macedonia nie przestaje nas zaskakiwać. Sporządziłyśmy listę na podstawie naszych doświadczeń, naszego macedońskiego życia na krawędzi.

1. ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ Z KARALUCHAMI

Zaprzyjaźnij się, bo i tak z nimi nie wygrasz – zwłaszcza, jeżeli mieszkasz w starym budownictwie. Nie ważne jak często sprzątasz, psikasz truciznami czy stosujesz domowe sposoby, aby się ich pozbyć. Dopóki nie wymieni się wszystkich rur w budynku, to one tam pozostaną. Poradzono nam żeby skorzystać z domowego przepisu babci jednej z naszych znajomych. Ulepiłyśmy kulki z gotowanych ziemniaków, surowego jajka, cukru i kwasu borowego. Rozłożyłyśmy po całym mieszkaniu. Kulki zamiast pomóc to zgniły, a karaluchy pewnie miały radochę.

78987_karaluchy-pod-poduchy

Karaluchy w łazience i w kuchni? Standard. Naczynia zmywamy dwa razy – po użyciu a potem następnie przed użyciem, bo nigdy nie wiesz co po nich chodziło. Ale kiedy znajdujesz karalucha w łóżku to zaczyna wiać grozą.

15439740_10211667427069507_1222560645624044859_n

Agata radzi sobie bardzie dzielnie w sytuacjach kryzysowych 🙂

Nasza wiedza na temat karaluchów nadal się poszerza. Mamy okazję obserwować je w różnych stadiach: te mikroskopijne, które dopiero co się wykluły są nawet słodkie, potem zaczynają się przeobrażać w obleśne napęczniałe brązowe bądź czarne potwory (te na szczęście widujemy w miarę rzadko). Staramy się żyć w pokoju i nie wchodzić sobie w drogę.

2. NIE CHORUJ W MACEDONII 

Z chorowaniem poczekaj aż znajdziesz się w obrębie UE (no może za wyjątkiem Bułgarii czy Rumunii). Ja, Barbara, miałam ostatnio niezbyt miłą przyjemność sprawdzić jak funkcjonuje macedońska służba zdrowia.

Po dwóch nocach spędzonych w hostelu, w którym musiałyśmy spać z powodu treningu dla wolontariuszy, zaczęło się stopniowo pojawiać na moim ciele coś w rodzaju trudnej do zidentyfikowania wysypki. Kiedy jestem przemęczona (naprawdę miałyśmy sporo pracy) to mam tendencję do łapania różnych dziwnych rzeczy. Nie czułam się zbyt dobrze, a dziwne wykwity pojawiały się w coraz to nowych miejscach (notabene są nadal widoczne na mojej skórze) więc postanowiłam udać się do lekarza. Wybrałam prywatną klinikę i umówiłam się na wizytę z lekarzem. Pani przeprowadziła ze mną szczegółowy wywiad odnośnie moich dolegliwości od czasów dzieciństwa aż po dzień dzisiejszy. Następnie pokazałam jej moją przedziwną wysypkę. Powiedziała, że niestety nie potrafi mnie zdiagnozować i powinnam zrobić badania krwi i moczu oraz udać się do dermatologa, bo najprawdopodobniej to jakiś rodzaj alergii. Pojechałam więc od razu do prywatnej kliniki dermatologicznej, wymęczona, z temperaturą. Przyjęto mnie od ręki. Rozbieram się przed panem doktorem, który zaczyna wydawać z siebie dziwne dźwięki i mówi mi, że to nie jest alergia i że najprawdopodobniej mam ospę. Tłumaczę mu więc spokojnie, że przechodziłam już ospę, a nawet półpaśca i że nie mogę mieć znowu ospy. Zawołał drugą panią dermatolog na konsultację, która widząc mnie zakryła twarz maseczką i zakomunikowała, że nie przechodziła jeszcze ospy więc nie będzie się zbliżać. W Macedonii występują dwa rodzaje ospy: mała i duża. Co tu dużo mówić, zdenerwowałam się, spanikowałam, popłakałam,sama w obcym kraju i jeszcze mówią, że mam ospę. Pan doktor powiedział, że nie mam płakać i że najlepiej będzie jak pójdę do szpitala na oddział chorób zakaźnych (sama się sobie dziwię, że jestem w stanie zrozumieć takie rzeczy po macedońsku). KLINIKA CHORÓB ZAKAŹNYCH W MACEDONII! Myślę sobie, koniec, umieram, nie zobaczę już nigdy mamy ani mojego pokoju.

Zrobiłam badania krwi, moczu i pojechałam z wynikami do szpitala.15380700_10211668066165484_4051937415355505922_n

W szpitalu ogromne kolejki, ludzie z dziećmi na rękach z widoczną ospą więc tym bardziej zaczynałam przypuszczać, że może jednak naprawdę jestem po prostu wyjątkowa i przechodzę ospę po raz kolejny. Odczekałam swoje, napatrzyłam się na wymioty, na mocz stojący na stoliczku w plastikowych kubeczkach i czułam, że od siedzenia tutaj chyba jeszcze bardziej się rozchoruję. Weszłam do środka, zmierzono mi temperaturę (tutaj w odróżnieniu posiadali termometr), rozebrałam się i słyszę coś w stylu “Pracuję w tym zawodzie ponad 30 lat, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam, to na pewno nic z naszej działki, proszę udać się do dermatologa”. Śmiać się czy płakać? Stwierdziłam, że skoro już jestem w szpitalu to poszukam oddziału dermatologicznego. Znalazłam go po długiej wędrówce, ale okazało się, że w soboty nie ma żadnego lekarza. Usiadłam i się popłakałam z bezsilności, widziałam, że wyskakuje mi coś nowego znowu na nodze. Pielęgniarka powiedziała, że tak mnie nie zostawi i że zaraz kogoś znajdzie. Musiała wybudzić jakąś lekarkę po dyżurze, przyszła zaspana, spojrzała tylko na moją wysypkę, nie odzywała się za wiele, przepisała maść i jakiś lek przeciwalergiczny. Powiedziała, że to nic groźnego, nie wie od czego mam alergię, ale wygląda to na ukąszenia jakiegoś owada i że na pewno nie umrę. Czuję się już lepiej 🙂 Nie mam gorączki, wykwity schodzą powoli, nadal żyję. Najprawdopodobniej w hostelu pogryzły mnie pluskwy :))) Ale mogę właściwie tylko gdybać.

3. UWAŻAJ NA PRĄD

Różne rzeczy zdarzają się w starych mieszkaniach. Ostatnio często zdarzają się nam awarie prądu. Wszystkie korki są włączone, ale prąd jest tylko w niektórych miejscach. Działał nam jeden kontakt w pokoju – chciałyśmy podłączyć sobie ogrzewanie, po minucie z kontaktu zaczęło się dymić i śmierdzieć.

Przyszedł pan, powiedział, że z pewnością miałyśmy przedłużacz do dupy (to nic, że działał normalnie 2 miesiące) i dlatego dymi się ze ściany. I żeby nie robić prania i nie włączać ogrzewania w tym samym czasie. Takie to proste i oczywiste 🙂

Ten sam Pan wymieniał nam również po raz 4 w tym miesiącu zamek w drzwiach wejściowych. Chyba zna się na rzeczy…

4. PRZYGOTUJ SIĘ NA MACEDOŃSKIE PSIKUSY 🙂

Wchodząc po raz pierwszy do naszego mieszkania starałam się znaleźć plusy. Zwróciłam uwagę na nowe okna i kaloryfery – pomyślałam sobie, przetrwamy zimę 🙂 No i zima przyszła i przyjrzałam się kaloryferom bliżej.

15284851_10211668502496392_5122387411816553566_n

No więc kaloryfery są 🙂 W każdym pomieszczeniu, nowe. Ale jak widać nie podłączone. Zwróciliśmy oczywiście na to uwagę w organizacji, ale ich zdaniem taniej wyjdzie dogrzewać się na prąd. Jak prąd nie działa, to wyglądamy tak:

15416154_10211655912781657_751397442_n

Podobno bardzo zdrowo jest spać w zimnym a jak wiadomo jesteśmy zwolenniczkami zdrowego trybu życia 😀

5. TRZĘSIENIA ZIEMI

Były, są i będą. “Taki region” mówią. My poczułyśmy dwa. Niezbyt przyjemne uczucie. Nie polecamy 🙂 Zapoznałyśmy się z całą instrukcją dotyczącą postępowania w przypadku ewentualnego trzęsienia. Wiemy już, że jest średnio przydatna. Trzęsienie trwa kilka sekund, zanim się zorientujesz już jest po. Te łagodniejsze możesz nawet przespać. Nie zdążysz się schować pod stół albo stanąć w ramie drzwi.

Żyjemy i walczymy dalej z macedońską rzeczywistością 🙂 Ten post był nam potrzebny na rozładowanie naszych emocji, mimo przerażających incydentów rodził się w śmiechu 🙂 Niektórzy pewnie będą się dziwić dlaczego jeszcze stąd nie uciekłyśmy – o tym co nas tu trzyma i daje nam dużo radości będzie w kolejnym poście.

P.S. Ciąg dalszy macedońskiego życia na krawędzi nastąpi… Dawkujemy emocje 🙂

Kaj mene gratis!

To będzie krótki post. Pościk. Prawie jak scena teatralna.

W rolach głównych Ja (Agata) i Barbara.

15175380_10210825863383952_441073597_n

Role poboczne: Panowie taksówkarze.

Miejsce zdarzenia: Bit Pazar (inaczej znany jako miejsce naszej wiecznej sławy).

Dzień dzisiejszy. Popołudnie. Wracamy z Barbarą z pracy, zaopatrzone w siatki z warzywami z Bit Pazaru, bo udajemy, że się zdrowo odżywiamy (parę godzin później i tak zamówimy pizzę i zjemy ją w łóżkach oglądając seriale). Zatrzymujemy się przed bazarem żeby wybrać taksówkę, która zabierze nas do domu. I wtedy się zaczyna. (Wszystko wypowiadane z wielkim entuzjazmem).

Taksówkarz nr 1: „Ajde kaj mene!” („Dawajcie do mnie!”)

Taksówkarz nr 2: „Ne ne, devojki kaj mene!” („Nie nie, dziewczyny do mnie!”)

Taksówkarz nr 3: „Kaj mene imate popust!” („U mnie macie zniżkę!”)

Taksówkarz nr 4: „Kaj mene gratis!” („U mnie macie gratis!”)

Dziękujemy, mamy zwycięzcę.

Polska sława trwa. Ciąg dalszy, rozszerzamy ją na konduktorów. Zajedziemy dalej.

Królowe Bit Pazaru :)

Sława. Popularność. Fani i wielbiciele. Obrońcy. Pomocnicy. Wybawcy z opresji. Tak wygląda nasze życie w Skopje. Naprawdę.

Stara čaršija to nasz drugi dom. Tutaj mieści się biuro organizacji, w której pracujemy, ale nawet gdyby mieściło się ono w zupełnie innej części miasta, to i tak byłybyśmy tutaj każdego dnia. To nasza ulubiona dzielnica macedońskiej stolicy. Stara część miasta, autentyczna, pamiętająca jeszcze czasy panowania Imperium Osmańskiego. Uliczki pełne baklavy (Agata dostaje drgawek jak jej nie przyjmie raz dziennie), kebapi, orientalnych dywanów, meczetów, warsztatów rzemieślniczych, knajpek, piekarń, pijalni herbaty i tureckiej kawy. Przestrzeń starej čaršiji rozpościera się pomiędzy Kamiennym Mostem a Bit Pazarem. Pomiędzy Kamiennym Mostem a Bit Pazarem jesteśmy celebrytkami.

Sława i popularność przyszła nam bardzo łatwo. Ja, Barbara, spędziłam w Skopje łącznie prawie dwa lata. Rozpostarłam nam ścieżki, odnalazłam najlepsze miejsca ze słodyczami, jedzeniem, herbatą i kawą. I ciągle do nich wracałam i wracamy nadal. Codzienne te same uliczki, ciągle ta sama trasa. Nasz powalający urok osobisty sprawia, że nie można o nas zapomnieć. Mamy trochę bliższych znajomych, oczywiście tych, którzy nas karmią i poją, ale ich konkurencja też nas codziennie pozdrawia. Idąc do pracy musimy się pozdrowić z przynajmniej 20 osobami.Z resztą nigdy nie nawiązywałyśmy bliższych relacji, ale wiedzą, że z Polski, pytają jak minął dzień i dlaczego jemy baklavę tam a nie u niego. Ja mam lepszą, moja żona sama robiła.

Baklava i trileqe – najlepszy zestaw 🙂

1618672_10209132667222095_4310855917767127224_n

My z Burhanem 🙂

Znamy złotników, zegarmistrza, krawca, pracowników knajp, taksówkarzy. A jeśli my ich nie znamy, to oni nas na pewno tak. Mówią dzień dobry, ślą uśmiechy, często jemy za darmo albo ze zniżką.Czasami wsiadam do taksówki i słyszę tylko “ooooo Barbara! Doma?”, czyli czy do domu. Nawet nie muszę podawać adresu. Ostatnio taksówkarz powiedział mi, że wiózł mnie dwa lata temu, pamietał nawet dokąd (podał adres, pod którym mieszkałam tu poprzednim razem).

14961412_10211346029234762_498337390_n

Agata u pana zegarmistrza 🙂 Też był w Polsce

Tutejsze butiki 🙂

Jak nie pojawiamy się dwa dni, bo np. spędzamy szałowy weekend w łóżku z serialami, to pytają się gdzie byłyśmy. Ale najgorzej jest z lojalnością. Jak jesz gdzieś dwa lata i nagle usiądziesz knajpę obok to czujesz na sobie wzrok – wyrzut, zazdrość, zdziwienie? Czujesz się jakbyś kogoś zdradziła. Za to knajpa, którą zaszczycamy swoja obecnością jest wniebowzięta i równie zdziwiona. Podaje kranówkę w eleganckich szklankach na nóżkach, z cytryna i lodem. Kroją chleb i układają w finezyjne kształty wokół plaskavicy. Dają dwa taratory w gratisie. A za mięso kasują połowę. Robią wszystko żebyśmy zostały.

p1020011

Jedzonkooooo :)))

To nasz dom. Czujemy się tu bezpiecznie. Przeważająca część naszych znajomych to Albańczycy. Jak przyjechałam do Skopje po raz pierwszy to usłyszałam (od Macedończyków), że ta część miasta jest bardzo niebezpieczna. I że nie mam się nigdy zapuszczać na Bit Pazar, bo tam kradną, gwałcą i zabijają. A więc chodzimy tam kilka razy w tygodniu.

dscf5662

Bit Pazar to takie ogromne targowisko. Dosłownie ze wszystkim. Owoce, warzywa, pościele, buty, ubrania, okulary chanel za 1 euro, zegarki, perfumy, deski do krojenia, garnki, przedłużacze, piloty. Wszystko, czego dusza zapragnie. Ale zapomnij, że kupisz sobie jednego pora albo dwa jabłka na drugie śniadanie. Tego przecież nawet nie opłaca się ważyć więc dostajesz je za darmo. Przynajmniej my. Jeden pan zaczął do nas krzyczeć coś po polsku, chciałyśmy zignorować jak zazwyczaj, ale powiedział, że po naszych buziach poznał żeśmy z Polski. Bo był w Kielcach w 1988. I pamięta polskie dziewczyny. I nasze imiona też, bo wołał do nas z daleka jak mijaliśmy się dwa tygodnie później w innej części čaršiji. Wszyscy są bardzo pomocni. Jak nie wiesz jak coś się nazywa po macedońsku albo albańsku to po prostu to pokazujesz i oni cię zaprowadzają w odpowiednie miejsce. Czasami jednak powątpiewam w moją znajomość macedońskiego. Szukałyśmy korka do wanny. Tłumaczymy na około o co nam chodzi i pan oznajmił, że to ma. Przyniósł nam toster. Kąpieli nie było.

Jako gwiazdy Bit Pazaru robimy sobie także zdjęcia z fanami. Albo raczej Agata. A bardziej szczegółowo bardzo zaskoczona Agata, która prawdopodobnie już jest gdzieś na tablicy facebookowej pewnej macedońskiej Pani (zostało to oznajmione, że tam zawiśnie fotka), która to z wielkim entuzjazmem zapozowała do zdjęcia z moją Agatką, bo syn tak bardzo lubi dredy.

Nikt nas nie zgwałcił, nie okradł ani nie zabił. To nasze królestwo 🙂

 

 

 

Pracę czas zacząć

Po przyjeździe, odpoczynku (powiedzmy), imprezie powitalnej i pierwszej nocy w macedońskim mieszkaniu przyszedł czas na zapoznanie się z naszą pracą. Tak przynajmniej myślałyśmy. Życie na Bałkanach nauczyło nas, że czas nie istnieje. Serio. To znaczy istnieje, ale troszkę zmodyfikowane. Jak komu pasuje. A bardziej szczegółowo, jak bardziej pasuje Macedończykom. Kolejny raz przekonałyśmy się o tym idąc na drugi dzień spotkać się z wolontariuszami ze Słowenii i Janą, jedną z dziewczyn, która pracuje w naszej organizacji. Jak wynikało z planu, który otrzymałyśmy, na ten dzień zaplanowano zwiedzanie miasta i dzień instruktażowy w biurze. Z racji tego, że Barbara już mieszkała w Skopje, a ja (Agata) mieszkając w Kosowie odwiedzałam ją co weekend (i na wszelkie możliwe okazje, takie jak robienie sobie wagarów na uczelni) Skopje znamy. Naprawdę. O tym jak na każdym kroku spotykamy znajomych i stałyśmy się sławne będzie oddzielny post. Ale chcąc być uprzejme i koleżeńskie, wstałyśmy o nieprzyzwoicie wczesnej porze (10h, prosimy o wyrozumiałość) i udałyśmy się na umówione miejsce. Zaplanowane spotkanie na 10:30 okazało się być na 11. Ok, rozumiemy. Ale to wcale nie oznacza, że osoba pojawi się o 11. To znaczy przynajmniej pół godz spóźnienia. Albo i lepiej. Najlepiej godzinę. Głupie i naiwne i trochę ciągle zmęczone uśpiłyśmy naszą czujność. Ale zdarza się, będziemy miały to na uwadze następnym razem (co miejsca nie miało do tej pory, zawsze na czas czekamy na innych). Po wcale nie pasjonującym zwiedzaniu, gdzie to my dwie bardziej pasowałyśmy do oprowadzania obcokrajowców niż nasza skopianka, udaliśmy się wszyscy na zapoznanie z biurem i resztą pracujących dziewczyn. Okazało się, że pierwsze dwa tygodnie naszego pobytu spędzimy na pracy z naszymi wolontariuszami ze Słowenii. I tak oto wyglądały dwa tygodnie.

Jako, że październik okazał się być miesiącem świadomości na temat zespołu downa, nasze główne zajęcia polegały na warsztatach z ludźmi z tą dysfunkcją.  Są to osoby niesamowicie utalentowane, pełne pasji i hobby. Między innymi nasza słoweńska wolontariuszka Katerina zajęła drugie miejsce w zawodach karate w Ameryce, zajmuje się przeróżnymi sportami, śpiewa i gra. Np., na flecie.

Pierwszy warsztat polegał na rozwinięciu kreatywności w naszych podopiecznych. Przez dwie soboty staraliśmy się stworzyć coś z niczego. No prawie. Z kartek, mazaków, wstążek, koralików, naklejek, wycinanek i super gorącego kleju z pistoletu (którego nie dano mi do ręki z racji moich umiejętności w robieniu sobie krzywdy czym popadnie) powstały pudełka.

Kolejne dwa warsztaty nie za wiele się różniły. Może poza tym, że zamiast pudełek staraliśmy się stworzyć koperto kartki i tym, że udoskonaliłam swój talent.

20

Paw w moim wykonaniu

Nie zawsze jednak mogliśmy oddać się słodkiemu lenistwu i tylko pracować naszymi rękami. Otóż pewnego słonecznego dnia udaliśmy się na spotkanie ze skautami. Młodzi ludzie zorganizowali dla nas zawody aby zintegrować grupę i dać naszym podopiecznym posmak rywalizacji. Podzielono nas na grupy, dano mapę i życzono powodzenia. Każda grupa składała się z czterech osób (jeden skaut, jeden wolontariusz i dwóch podopiecznych). Otrzymałam pod swoje skrzydła trzech cudownych panów Kostę, Nikiego i Alexa. Nie będę ukrywać, że bez nich nie doszłabym do mety. Zgubiłabym nas już na przejściu z punktu 2 do punktu 3. A podobno to ja miałam być tą ogarniającą.

21

Moi chłopcy

22

Alex

23

Niki

24

Gotowa jeszcze z myślą, że wiem co robię

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Nasi wolontariusze ze Słowenii musieli w końcu wracać. Katerina, Dalibor i David chociaż byli z nami dwa tygodnie szybko skradli nasze serca. Alkohol i wspólne imprezowanie pomogło…

40

Wspólny wieczór w kafanie

41

Om om om ommmm 🙂

39

Kolacja pożegnalna u Słoweńców ❤